Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroby. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 czerwca 2026

Synowie - jej duma...

 

Pani B. urodziła troje dzieci. Jednak to z synów była najbardziej dumna, o nich ciągle opowiadała, później także o wnukach, krew z krwi męskich potomków rodziny.

Co innego córka, ani zdolna, ani wnuka nie urodziła, jedynie wnuczkę, no i rozwiodła się, bo zięć uciekł do innej. Widocznie nie umiała go zatrzymać....

Męża też raczej za nieudacznika miała, tyle lat na jednej posadzie, ani auta, ani domu z ogródkiem. Tyle potrafił, a ludziom za darmo pomagał, no ofiara losu!

Za to o sobie, mniemanie pani B. miała wysokie, mogłaby wszystko, gdyby chciała, znała tyle właściwych osób, wszystko umiała załatwić. Lubiła być w centrum uwagi, ale nie wszędzie chętnie ją goszczono, bo mącić lubiła, podjudzać. Zawiść, to jej drugie imię, mawiano.

Lata mijały, synowie okrzepli na swoich włościach, wnuki rozjechali się po świecie, starość i choroby dopadły panią B. bez litości. Zaczęła narzekać na synów, że matkę zaniedbują, że wieści o wnukach nie ma, że do siebie na wieś nie wezmą, a tak by posiedziała w sadzie...

Uwięziona na ostatnim piętrze w blokowisku, zrzędliwa, czasami agresywna, skazana na pomoc córki i towarzystwo męża. Ten w swojej dobroci nie chce zgodzić się na dom opieki, choć córka widzi, że ojciec marnieje w oczach, a i ona sama najmłodsza już nie jest i sił brak na zabiegi higieniczne przy matce. Renta córki nie wystarcza, by pomagać finansowo rodzicom, sama potrzebuje leków i rehabilitacji.

A synowie? mają się dobrze, bez wyrzutów scedowali opiekę nad matką młodszej siostrze, w końcu jest na miejscu, nie pracuje, a jeśli jej ciężko, to od czego są domy opieki?

********************************************************************************

Chyba tylko życie pisze podobne scenariusze, pewnie wszyscy znamy ich mnóstwo. 
Bo życie nie jest czarno-białe i nigdy nie wiemy, jak potoczy się nasza historia...

piątek, 8 sierpnia 2025

Och, ten PESEL!

 Tak - mówią, że wiek, to tylko liczba, że jak dbasz o zdrowie, to długo i lepiej żyjesz. Ale PESEL nie kłamie, w dodatku jest tak złośliwy, że co 10 lub co 5 lat dokłada nowych dolegliwości i zmian. 

W pewnym wieku nie warto ustawiać w telefonie rozpoznawania twarzy zamiast kodu , bo może być tak, że wstajesz rano, chcesz sprawdzić sms-a, a tu komunikat - twarzy nie rozpoznano...

Może lepszy odcisk palca, ale gdy kąpałam się zbyt długo, skóra pomarszczona i nie wybudzisz ekranu smartfona, bo odcisk kciuka nie zgadza się.


Poszłyśmy z koleżanką na kawę i naszły nas refleksje o PESELU właśnie. Bo chcesz czy nie, długie siedzenie meczy kręgosłup, chodzenie po schodach męczy stawy kolanowe, zbyt długie leżenie w jednej pozycji odpada. Praca w pochyleniu - koszmar, grozi wypadnięciem dysku, dźwiganie grozi urazem nadgarstków.
To wcale nie śmieszne jest. bo u kosmetyczki, dentysty tkwisz długo w jednej pozycji, schody na klatce trza umyć, a gdy masz talerze lub garnki w szufladach, to schylaj się , o matko!

A czy można połączyć siedzenie w fotelu i chodzenie na spacery? no nie można!

Nawet o tej kawie warto pomyśleć, bo wypita późną porą grozi bezsennością lub kołataniem serca, a rumianku nie lubię.


Dlaczego po przejściu na emeryturę ludzie biegają po lekarzach? Bo lubią? Bo nagle im wszystko wysiada? Nic podobnego!
Pracując zawodowo,  żyjemy dawkując sobie adrenalinę, a ta zagłusza wiele dolegliwości, które wyłażą na światło dzienne, gdy stres przestaje nas napędzać. A gdy mamy dużo czasu, to zauważymy każdą dolegliwość, no i wyobraźnia pracuje...

Co nam zostaje? Sprawdzić, czy to, co boli,  faktycznie ma drugie dno, czy szukamy wymówki, by poleniuchować na kanapie. 
Nie znaczy to, leniuchowanie jest złe, teraz wreszcie można!


Pozdrawiam wszystkim z zaawansowanym PESELEM :-)

sobota, 20 kwietnia 2024

Niepewność...

 

Jedno spotkanie, jedna rozmowa mogą zmienić nasz nastrój diametralnie, a spacer nie będzie już zwykłym zażywaniem aktywności, ale ciągiem refleksji i wspomnień o bliskich. 

Spotkałam znajomą moich rodziców, przemiłą panią L. Zawsze chętnie rozmawiamy, znam także jej męża, oboje przybyli w nasze strony aż z Helu.

Moich rodziców już nie ma, ale są mile wspominani, nie tylko przez państwo L Takie rozmowy przywołują zawsze serdeczną pamięć. 

Pan L. zachorował kiedyś na nowotwór, podobnie jak moja mama, ale jakoś z tego wyszedł, spotykałam go na spacerach z psem lub w osiedlowej bibliotece, bo przejściu na emeryturę dużo czytał. Niedawno niemal go nie poznałam, schudł, zmizerniał, wolniej chodził...

Wczoraj słyszę od jego żony, że jest w szpitalu, coś z żołądkiem lub jelitami, diagnozy ciągle nie ma. Pani L. tez w kiepskiej kondycji, miewa straszne bóle pleców, operacji odmówił anestezjolog z uwagi na zły stan serca. 

Pytam, jak radzi sobie z tym wszystkim, z ta niepewnością o zdrowie męża, z własnym bólem, z opieką nad psem? Pomaga syn z rodziną, ale gdy pracują, to wiadomo...

Mówię to, co zwykle się mówi w takiej sytuacji : trzeba być dobrej myśli.

Pani L. na to - tak, wiem kochana, tego się trzymam, jeszcze przyjdzie czas na łzy, jeszcze może mi ich zabraknąć. Powiedziałam mężowi, że nie boję się przyszłości, przeżyliśmy w życiu tyle dobrego, że cokolwiek nas spotka mamy za co być wdzięczni...

Pożegnałyśmy się serdecznie, a ja miałam o czym myśleć przez cały czas spaceru i przypomniały mi się słowa ukochanej babci, po śmierci dziadka - niechby leżał obok w pokoju, byleby był, bo bez niego to już nie to samo, zbyt długo byliśmy razem...

Za wiele tych odejść wokół, epidemia nowotworów zbiera chyba większe żniwo, niż covid czy inne plagi, co widać także po medialnych zbiórkach dla chorych.

Trzymajcie się zdrowo!

czwartek, 16 grudnia 2021

Medycyna czy magia?

 

Znów zajrzałam do zapisków słynnego etnografa Oskara Kolberga.

Jakoś tak teraz wszyscy o zdrowiu i kuracjach, to może skorzysta ktoś z porad naszych przodków.
Nie wszystkie przepisy udałoby się wprowadzić w życie, bo nawet o składniki trudno i szeptuchę lub zielarkę trza by znać.

Ale poczytać zawsze warto, jak to sobie drzewiej z chorobami radzono...

* Na wszelkie uroki - wrzucić do szklanki z wodą 7 węgielków i 7 kawałków chleba.

* Na kołtun - wymówić 3 razy : św. Benonie, idź precz kołtonie!

* Na jęczmień na oku - udawać, że się go ścina sierpem.

* Na zapalenie oczu - 3 razy machnąć przed oczami sierpem o zachodzie słońca.

* Na wściekliznę wypić majika (owad) w oliwie .

* Przeciw poronieniu - iść do krzyża, obłapić go rękami i zmówić 3 razy Zdrowaśkę i 3 razy Wierzę, a gdy kobieta pocałuje krzyż  3 razy, poród będzie lekki.

* Na suchoty dziecka - dać mu potrzymać lub położyć w nogach łózka szkielet łba końskiego, a idąc po ów szkielet nie trza się oglądać za siebie.

* Inny sposób na suchoty - położyć dziecko pod progiem i wymiatać na nie śmieci ze wszystkich kątów, po czym delikatnie wyrzucić dziecię z tymi śmieciami za próg.

* Na niestrawność i obrzmienie nóg dziecka - wałkować dziecko na dyszlu od woza.

* Na febrę - wywiercić dziurkę w jabłoni lub gruszy, chuchnąć do niej 3 razy i zatkać dziurkę kołkiem, a febra ustanie, bo zabito ja kołkiem w dziurze.

* Na ból głowy - ściskać głowę tak mocno, aż w nosie chrupnie.

Jaki sposób bylibyście w stanie wypróbować?



piątek, 15 stycznia 2021

Tak się zastanawiam...

 

Najpierw zastanawiałam się, czy w ogóle się zaszczepić, teraz gdy decyzja się wyklarowała, to zastanawiam się z kolei czy nie odstąpić swojej kolejki do szczepienia bardziej potrzebującym.

Dlaczego?

Dowiedziałam się bowiem z rozmowy z wybitnym konsultantem rządu do spraw epidemii profesorem Horbanem nieznanych mi rewelacji.

Rozmowa odbyła się w TV Polsat i na gorąco podzieliłam się uwagami z koleżankami po fachu.

Pan profesor zapytany czy bezpiecznie jest zaczynać prace szkół przed zaszczepieniem nauczycieli odpowiedział z rozbrajającym uśmiechem, że NAUCZYCIELE SĄ MŁODZI, ZDROWI I INTELIGENTNI.

Zadałam więc sobie pytanie, do której kategorii się zaliczyć?

U nas jest 6 pań od nauczania klas młodszych, z czego jedna jest młoda i chyba zdrowa, testu na inteligencję nie sprawdzano.

Ale kluczowe jest dla mnie, co ma wspólnego inteligencja z odpornością na koronawirusa? To może w ogóle przedstawiciele inteligencji nie musza się szczepić?

Usłyszałam także, że przecież nauczyciele mogą sobie zrobić testy (za darmo!). Ale co to daje, jeśli bez względu na wyniki testów otwiera się szkoły, a to dyrektorzy będą się martwić, gdy w testach wyjdzie, że część pedagogów i innych pracowników szkół zostanie skierowanych na kwarantannę, a część już na niej przebywa z powodu chorych członków rodzin.

Nie pcham się przed szereg, ani broń boże nie zamierzam zabierać nikomu szczepionki, ale czytam dziś w mediach, że na mocy nowego rozporządzenia dopisano do pierwszej grupy szczepień prokuratorów, może po to, by mogli bezpiecznie ścigać przedsiębiorców łamiących przepisy antycovidowe?

Nie dziwię się restauratorom, właścicielom pensjonatów i wszelkim usługodawcom, którzy nie załapali się na żadne tarcze ani ulgi, bo rodziny hasłami się nie utrzyma, a rząd zawsze się wyżywi i wyleczy.

Koło mnie galeria handlowa zamknięta, kawa tylko na wynos, ale obok dwa markety budowlane i sklepy wielkopowierzchniowe spożywcze, a tam takie tłumy, że miejsc na parkingach brak

Gdy dodać do tego takie kwiatki, jak rodzina pani Emilewicz na nartach,  zmarnowane szczepionki, podsłuchane rozmowy członków PiSu, to nie dziwi, że ludziom puszczają nerwy.

Nasz sąsiad stracił pracę , bo upadł jego zakład pracy. Mężczyzna jest już po 60-ce, do emerytury jeszcze 3 lata, zostawił podania o pracę tu i tam i czeka na telefon, a w zasadzie już przestał czekać, stara się o emeryturę pomostową.

Kolega syna też stracił prace przez covid, bo zwolnienia itd. a do spłacania jest kredyt na mieszkanie i  dziecko w drodze, a pomocy znikąd, bo i rodzicom młodych się nie przelewa. 

Dobrze, że mam blisko do swojej emerytury, bo podobno wrócił pomysł pracy do 67 roku życia, także dla kobiet.

Bądźcie zdrowi Wy i Wasi bliscy, bo podobno czeka nas trzecia fala...


niedziela, 15 marca 2020

Obserwacje ...

Siedzę w domu na zwolnieniu, na szczęście już prawie po kaszlu, katar też jakiś wyjątkowo mało upierdliwy był, jest dobrze.
Aprowizacją zajmuje się mąż i przynosi z wypraw różne informacje.
Dziś poszedł po pieczywo, stał na zimnie ponad pół godziny, bo ludzi pełno, jak to przy sobocie, a do sklepu wpuszczają po 3 osoby.
Sprzedawczyni zdziwiona, że kupił tylko jeden chleb, bo ludzie brali po kilka.
Ciekawe, ile tych chlebów znajdę potem na śmietniku?
Zakupił także wielkie czekoladowe mufiny. Gdy spytałam w jakim celu, bo mamy jeszcze kawałek sernika, odpowiedział, że gdy braknie chleba, będziemy jeść ciastka...

Dziś rozmawiałam z sąsiadką, która z mężem sprzedaje ze straganu warzywa i owoce na targowisku.
Zawsze ich podziwiam, bo bez względu na pogodę pracują na świeżym powietrzu, targowisko bowiem pod gołym niebem.
Pojechali jak zwykle do pracy, a tu na bramie targowiska kartka, ze zamknięto do odwołania.
Sąsiedzi miejscowi, więc wrócili do domu, najwyżej towar zamkną w garażu, bo chłodniej.
Natomiast wielu sprzedawców przyjechało z daleka, niektórzy producenci wędlin i serów spod Łodzi.
Byli też rolnicy, zabili kury, kaczki, jajka w koszach umieścili i wszystko na powrót na wieś trza zabrać...
Dal sąsiadów jest to jedyne źródło dochodu.

Nie wiem czy to konieczne, wszak targowisko na wolnym powietrzu, tłoku nie ma, bo powierzchnia spora, warzywa i owoce myjemy przed spożyciem, a mięso i inne produkty obrabia się termicznie.
W końcu inne sklepy też ten towar mają, a z restauracji można zamawiać na wynos.
Koncepcja jest taka, że teren targowiska należy do miejscowego proboszcza i może to jego zemsta za brak wpływu na tacę?
Teraz , gdy episkopat namawia do zostania w domu, to chyba nadinterpretacja ze strony proboszcza.
Sąsiadka zdruzgotana twierdzi, że nie robi się takich rzeczy w ostatniej chwili...

Najbardziej chyba jednak zdziwiły mnie rozważania w mediach, jak przetrwać z dziećmi w domu?
Porady psychologów, specjalistów od edukacji wszelkiej maści...
Dla niektórych rodziców widocznie to spory problem.
Dzieci albo w placówkach, albo na zajęciach dodatkowych, do domu wracają tylko na nocleg, a tu nagle szkoła przetrwania w domu.
Nie wiem doprawdy, co o tym myśleć
Skoro przerażającą bywa perspektywa spędzenia z własnymi dziećmi kilku dni bez szkoły lub przedszkola, to zastanówmy się nad relacjami w rodzinie... nad swoimi priorytetami.
Ileż to razy słychać narzekania, że nie mamy czasu dla siebie czy rodziny.
To jest sytuacja szczególna, ale i okazja do nadrobienia czasu, którego w zabieganiu brakuje.

Syn donosi mi z Poznania, że znajomy pracujący w dużym sklepie dziwi się panice zakupowej.
Magazyny pełne po sufity, ale gdy nagle wszyscy ruszają na zakupy, to zwyczajnie nie ma kto towaru na półki wykładać, ludzi brak.
A gdy sami zakupili tylko płatki owsiane, jogurt i jabłka, ludzie przy kasie patrzyli na nich jak na kosmitów, a pani w kasie powiedziała, że dawno tak małych zakupów nie widziała...

Wśród sąsiadów nie widzę nikogo, kto potrzebowałby pomocy w zakupach, wprawdzie pani z parteru ma sporo lat i kiepsko chodzi, ale codziennie przyjeżdża do niej córka lub zięć.
Znajoma wozi teściowej obiady i bieżące zakupy, bo pani ma ponad 90 lat i nie wychodzi z domu.
Nie da się nie kontaktować z nikim, pomagać sobie trzeba.


Więcej obserwacji nie posiadam, gdy wyjdę wreszcie na spacer, to pewnie będą inne.

Życzę zdrowia wszystkim i spacerów z dala od wirusa :-)




niedziela, 5 maja 2019

W sali szpitalnej...

Pobyt w szpitalu nie należy do przyjemnych, ale jak to mówią, wszystko jest dla ludzi i jakoś to doświadczenie, jeśli jest naszym udziałem musimy przetrwać.
Oto kilka scenek, które wydarzyły się naprawdę.

Może Was rozbawią, może zasmucą, a być może obudzą wspomnienia ze szpitalnej sali z waszych pobytów w jakiejś lecznicy?

Dawno temu, gdy gościłam na laryngologii, dowiedziałam się, że kamienie można mieć nie tylko w nerkach czy woreczku żółciowym.
Moja sąsiadka ze szpitalnej sali miała kamienie w...śliniankach.
Dacie wiarę? 28 kamieni w tak małym organie jak ślinianki! z bólu chodziła po ścianach, funkcjonowała od zastrzyku do zastrzyku, a te robiła jej córka pielęgniarka.
Obie miałyśmy zabieg tego samego dnia, ja na małej salce, ona na sali operacyjnej, obie dostałyśmy "głupiego Jasia" - moja sąsiadka od razu niemal zapadła w sen, ja byłam dziwnie rześka - pani doktor stwierdziła, że potrzebuję końskiej dawki.

Niedawno znajoma leżała w szpitalu na jednej sali z sympatyczną staruszką. Kiedy do sali zajrzał ksiądz, starsza pani postanowiła sie wyspowiadać. Duchowny wydawał się zakłopotany i poprosił znajomą, by opuściła salę na czas spowiedzi.
Grzeszna pacjenta, widząc, że sąsiadka się waha, w końcu lekarz kazał leżeć, zwróciła się do niej słowami:
- kochaniutka, wyjdź na moment, ja mam mało grzechów, to długo nie potrwa...

Mój ojciec w czasie jednego z pobytów w szpitalu uratował być może życie znajomemu z pracy.
Zauważył na korytarzu wózek , na którym wieziono owego kolegę, a ojciec szedł na zastrzyk i pomyślał, że odwiedzi go później.
Jakie było taty zdziwienie, gdy nie mógł nigdzie go znaleźć, a był już wieczór.
Okazało się, że w końcu, na usilne prośby mojego taty siostry wszczęły poszukiwania i w samą porę, bo poprzednia zmiana zostawiła pacjenta w kiepskim stanie na sali przy otwartym oknie( zimą) i gdyby nie kolega, pacjent mógłby do rana zejść z ziemskiego padołu...salkę, nie wiadomo czemu ktoś zamknął na klucz.

Przyjaciółka mojej mamy zachorowała na raka piersi. Walkę przegrała, ale do końca zachowała swoiste poczucie humoru.
Gdy była już po zabiegu usunięcia piersi, lekarz z przychodni szpitalnej zapytał, ile waży, by dobrać kolejny lek. Ona na to:
- ale wagę podać z piersią czy bez, bo miałam spory biust... a pan dobiera według wagi.


Gdy mój mąż był pensjonariuszem jednego ze szpitalnych oddziałów, jego sąsiad z sali był już po operacji. Na obchodzie lekarz nalegał, by operowany zaczął wreszcie chodzić, bo to dobre dla krążenia, na co pacjent bardzo obruszony:
- Nie będę chodził, nachodzę się w pracy, ciągle jestem na nogach, ciągle biegiem. W końcu to szpital, tu chorzy leżą. Ja jestem chory i zamierzam poleżeć.

poniedziałek, 24 września 2018

Odwrócone role...

Opiekowali się nami, wyprowadzili na ludzi, teraz sami potrzebują opieki, a często realnej i konkretnej pomocy.
Nasi rodzice.
Bywa, że przejmujemy całkowicie rolę przypisywaną kiedyś rodzicom - prowadzimy do lekarza, pilnujemy przyjmowania leków, przywozimy obiad, robimy zakupy, wynajmujemy panią do sprzątania.
Możliwości jest wiele, w zależności od zasobności portfela, raczej naszego, chyba że rodzic ma godną emeryturę, ale to raczej rzadkość.
Pół biedy, jeśli rodzic współpracuje lub nie wymaga opieki całodobowej, bo wówczas NASZE życie biegnie swoim torem. Jeżeli jednak pojawiają się problemy z demencją lub przewlekła choroba przykuje bliską nam osobę do łóżka, a nie stać nas na zatrudnienie kogoś do czasowej opieki, wtedy musimy przebudować nasze życie pod kątem opieki nad rodzicem.
Kogo stać bowiem na Dom Opieki, gdzie pobyt kosztuje miesięcznie od 3 tysięcy wzwyż?

Nawet posiadanie rodzeństwa nie gwarantuje , że brat czy siostra odciążą nas w sprawowaniu opieki choćby na czas naszego wyjazdu do sanatorium.
Bywa nawet, że spośród kilkorga rodzeństwa tylko jedno z dzieci poczuwa sie do pomocy, reszta cierpliwie czeka na spadek, odwiedzając chorego rodzica raz na jakiś czas i jeszcze spodziewając się ugoszczenia...wszak przyszli z wizytą.

Wszyscy starzy ludzie, których znam, a jeszcze trzeźwo myślą powtarzają, że nie chcieliby dożyć momentu całkowitej zależności od dzieci i że starość się panu Bogu nie udała.

Nie jestem jeszcze zgrzybiałą staruszką i zdrowie jakoś nie najgorsze, ale kto wie, co szykuje mi los i chyba nie chciałabym , aby mój syn musiał mi zmieniać pampersy...

Jakoś ten jesienny klimat nastroił mnie na refleksje o jesieni życia... no i wpis Szarabajki na blogu Wrzosy, polecam blog i notkę :-)