Polecam post Optymistycznej o naukach przedmałżeńskich, bo fajnie napisany i przypomniał mi moje nauki, a było to 35 lat temu i widzę, że niewiele się zmieniło od tego czasu, tym bardziej, że w podobnych naukach uczestniczył niedawno mój syn i spostrzeżenia mieli z synową zbliżone.
Nie wiem, kto to wszystko wymyśla i po co, bo ani wiedza tam przekazywana nie poprawia jakości życia małżeńskiego, ani osoby prowadzące takowe nauki nie wydają się kompetentnymi - delikatnie mówiąc.
Najgorsze, że uczęszczanie jest obowiązkowe, a przecież pamiętam, że w ostatniej klasie liceum chodziłam na naukę religii połączoną z naukami przedmałżeńskimi i zapewniano nas, że specjalne nauki nie będą już potrzebne.
Gdy przyszło co do czego, czułam się oszukana...nie pierwszy i nie ostatni raz.
Może w moim wspomnieniu znajdzie ktoś potwierdzenie swoich doświadczeń, a może wręcz przeciwnie...
Chodziliśmy na te nauki oboje z narzeczonym, nie pamiętam ile razy, może trzy, może więcej.
Zajęcia prowadziła dziwna pani, jak się okazało niezamężna, a niektóre tematy sprawiały jej fizyczny niemal ból.
Po temacie kontroli płodności przeleciała z szybkością światła, oczywiście podkreślając znaczenie i wagę kalendarzyka...
Spotkania odbywały się dla kilku par podobnych delikwentów, w małej ciemnej salce w piwnicach kościoła, a ławeczki były tak małe, że ledwo mój narzeczony dał radę usiąść ze swoimi długimi nogami.
Nic dziwnego, pamiętałam tę salkę z katechezy w trzeciej klasie szkoły podstawowej.
Od tamtej pory chyba nie była remontowana ani ogrzewana, bo pachniało jak w grobowcu.
Wszystkich tematów, jakie pani poruszała już nie pamiętam, czasami słychać było znaczące chrząkanie słuchaczy, pozwalające zapewne nie roześmiać się w głos.
Kuriozum natomiast było dla mnie podanie przykładu z sali szpitalnej, który to przykład miał być chyba wskazówką, jak nie należy postępować z żoną po porodzie, a w rezultacie był co najmniej niesmaczny, a dowodem na wrażenie, jakie wywarł na młodych kobietach jest to, że pamiętam wszystko dokładnie do dzisiaj.
Pani opowiedziała nam historie kobiety, która leżała w połogu na szpitalnej sali, a jej "stęskniony" mąż, nie mogąc opanować swej chuci zgwałcił żonę na szpitalnym łóżku.
Nie wiem, jakie na czytających wywołuje to wrażenie, ale wówczas miałam dwa wnioski:
- prowadząca miała niemiłe doświadczenia z mężczyznami lub
- chciała zniechęcić młode kobiety do zamążpójścia, ale na pewno
- nie powinna prowadzić nauk przedmałżeńskich.
Miałam nadzieję, że od tamtych czasów świat (kościół) poszedł z postępem i w pewnym sensie tak -spotkania są dłuższe, trzeba nieźle kombinować czasowo by je zaliczyć wspólnie, a kwestionariusze, które każą wypełniać, przyprawiają o ból głowy!

