Siedzę w domu na zwolnieniu, na szczęście już prawie po kaszlu, katar też jakiś wyjątkowo mało upierdliwy był, jest dobrze.
Aprowizacją zajmuje się mąż i przynosi z wypraw różne informacje.
Dziś poszedł po pieczywo, stał na zimnie ponad pół godziny, bo ludzi pełno, jak to przy sobocie, a do sklepu wpuszczają po 3 osoby.
Sprzedawczyni zdziwiona, że kupił tylko jeden chleb, bo ludzie brali po kilka.
Ciekawe, ile tych chlebów znajdę potem na śmietniku?
Zakupił także wielkie czekoladowe mufiny. Gdy spytałam w jakim celu, bo mamy jeszcze kawałek sernika, odpowiedział, że gdy braknie chleba, będziemy jeść ciastka...
Dziś rozmawiałam z sąsiadką, która z mężem sprzedaje ze straganu warzywa i owoce na targowisku.
Zawsze ich podziwiam, bo bez względu na pogodę pracują na świeżym powietrzu, targowisko bowiem pod gołym niebem.
Pojechali jak zwykle do pracy, a tu na bramie targowiska kartka, ze zamknięto do odwołania.
Sąsiedzi miejscowi, więc wrócili do domu, najwyżej towar zamkną w garażu, bo chłodniej.
Natomiast wielu sprzedawców przyjechało z daleka, niektórzy producenci wędlin i serów spod Łodzi.
Byli też rolnicy, zabili kury, kaczki, jajka w koszach umieścili i wszystko na powrót na wieś trza zabrać...
Dal sąsiadów jest to jedyne źródło dochodu.
Nie wiem czy to konieczne, wszak targowisko na wolnym powietrzu, tłoku nie ma, bo powierzchnia spora, warzywa i owoce myjemy przed spożyciem, a mięso i inne produkty obrabia się termicznie.
W końcu inne sklepy też ten towar mają, a z restauracji można zamawiać na wynos.
Koncepcja jest taka, że teren targowiska należy do miejscowego proboszcza i może to jego zemsta za brak wpływu na tacę?
Teraz , gdy episkopat namawia do zostania w domu, to chyba nadinterpretacja ze strony proboszcza.
Sąsiadka zdruzgotana twierdzi, że nie robi się takich rzeczy w ostatniej chwili...
Najbardziej chyba jednak zdziwiły mnie rozważania w mediach, jak przetrwać z dziećmi w domu?
Porady psychologów, specjalistów od edukacji wszelkiej maści...
Dla niektórych rodziców widocznie to spory problem.
Dzieci albo w placówkach, albo na zajęciach dodatkowych, do domu wracają tylko na nocleg, a tu nagle szkoła przetrwania w domu.
Nie wiem doprawdy, co o tym myśleć
Skoro przerażającą bywa perspektywa spędzenia z własnymi dziećmi kilku dni bez szkoły lub przedszkola, to zastanówmy się nad relacjami w rodzinie... nad swoimi priorytetami.
Ileż to razy słychać narzekania, że nie mamy czasu dla siebie czy rodziny.
To jest sytuacja szczególna, ale i okazja do nadrobienia czasu, którego w zabieganiu brakuje.
Syn donosi mi z Poznania, że znajomy pracujący w dużym sklepie dziwi się panice zakupowej.
Magazyny pełne po sufity, ale gdy nagle wszyscy ruszają na zakupy, to zwyczajnie nie ma kto towaru na półki wykładać, ludzi brak.
A gdy sami zakupili tylko płatki owsiane, jogurt i jabłka, ludzie przy kasie patrzyli na nich jak na kosmitów, a pani w kasie powiedziała, że dawno tak małych zakupów nie widziała...
Wśród sąsiadów nie widzę nikogo, kto potrzebowałby pomocy w zakupach, wprawdzie pani z parteru ma sporo lat i kiepsko chodzi, ale codziennie przyjeżdża do niej córka lub zięć.
Znajoma wozi teściowej obiady i bieżące zakupy, bo pani ma ponad 90 lat i nie wychodzi z domu.
Nie da się nie kontaktować z nikim, pomagać sobie trzeba.
Więcej obserwacji nie posiadam, gdy wyjdę wreszcie na spacer, to pewnie będą inne.
Życzę zdrowia wszystkim i spacerów z dala od wirusa :-)