Nie ma lepszej okazji na promocję babskiej literatury , niż Dzień Kobiet. Spełniło się marzenie Ani z KONWENANSÓW i wyszła jej książka "Pod pelargoniowym balkonem".
Trafiła do mnie piękna, pachnąca z zakładką do kompletu i z dedykacją na stronie tytułowej, za co autorce bardzo dziękuję.
Wydawnictwo Literackie Białe Pióro dało szansę młodej debiutantce, a do wydania książki przyczyniło się także kilku sponsorów. Akcja książki toczy się głównie w Iławie, mieście rodzinnym autorki. Nie ośmielę się na recenzowanie powieści, bo po pierwsze żaden ze mnie recenzent, a po drugie nie byłabym obiektywna. Jeśli lubicie tzw. literaturę na obcasach, z wieloma zwrotami akcji i barwnymi postaciami z krwi i kości, jeśli czytacie blog KONWENANSE i lubicie jego autorkę, sprawcie sobie prezent wiosenny w postaci książki "Pod pelargoniowym balkonem".
Odniosłam wrażenie, że główna bohaterka ma wiele cech Anny Balińskiej, nawet takie same inicjały i podobnie jak młoda pisarka emanuje pozytywną energią, pomimo bagażu doświadczeń, w jaki wyposaża ją życie.
Premiera 8 marca, więc książka Ani jest świeżynką na rynku wydawniczym, pytajcie u źródła, jak można ją nabyć...
Ciekawostką jest fakt, że książkę wydrukowano w moim mieście, stąd powędrowała do Ani , potem dotarła znów do mnie za pośrednictwem poczty, zataczając koło w czasie i przestrzeni.
A przy okazji wszystkim wspaniałym czytelniczkom mojego bloga życzę samych radosnych chwil, zachwytów wiosennych nad przyrodą i sobą, bo każda z Was jest jedyna w swoim rodzaju i najpiękniejsza :-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 8 marca 2016
środa, 28 października 2015
70 latek i dwie kochanki...
Pan J. został wdowcem. Bardzo użalał się nad swoim losem, a miał powody, bo przyzwyczajony do pełnej obsługi nagle stracił w jednej osobie kucharkę, praczkę, sprzątaczkę i zaopatrzeniowca, bo pan J. zbyt elegancki był by torby z zakupami nosić. Gdyby kochał i szanował żonę tak, jak deklarował na stypie, to żyłaby biedaczka może 10 lat dłużej. Ale to już inna historia...
Biadolił więc pan J. nad swoim wdowim losem, a że miał piękne mieszkanie i wysoką emeryturę, zakręciły się sąsiadki i dalejże swatać emeryta. Jemu wszakże do nowego związku nie było śpieszno, ale z pomocy w pracach domowych chętnie by skorzystał. Poznał pan J. panią D. także wdowę, która emerytowaną kucharką była i wprawdzie intelektem odstawała, ale gotowała świetnie i chętnie. Pan J.chodził więc na obiady, czasem pranie podrzucił, swoją dobrodziejkę nawet do siebie zaprosił, ale raczej z prośbą o zrobienie większych porządków, bo obsługę odkurzacza zdążył jako tako opanować, chleb kupował raz na tydzień, herbatę zrobić umiał.
Spotykając się z panią D. nasz wdowiec zapoznał , niemal przy grobie małżonki, panią K.- kobietę elegancką, wygadaną, z wianuszkiem rodziny i znajomych. Pan J. chętnie chadzał na proszone kolacje, imieniny oraz inne uroczystości, ale że węża miał w kieszeni, więc nie przyszło mu do głowy by jakąś flaszkę lub prezent dla solenizanta kupić. Robiła to zawsze pani K. Ale miała nadzieję chyba na sfinalizowanie związku i zrekompensowanie sobie wydatków. Taka inwestycja w przyszłość. Bowiem pani K. mieszkała kątem u córki i zięcia, więc wdowiec z mieszkaniem był dobrą partią, tym bardziej, że stosunki z zięciem dość napięte były. Obie kobiety nie wiedziały o sobie, bo do jednej pan J. chodził na obiady a drugą zapraszał na spacery i do jej znajomych w gości chodził.
Życzliwi donieśli jednak pani D., że wdowiec po parku z inną flamą się przechadza i widywano ich szwendających się po lokalach. A pani D. nigdy na spacer ani do lokalu nie zaprosił. Wymówiła więc pani D. wikt i opierunek podopiecznemu, robiąc przy tym awanturę i zabierając ciepłą pierzynę wypożyczoną na czas zimowy.
Została mu więc pani K., która bardzo przychylna była, ale do pomocy nie kwapiła się, chyba że po ślubie.
Zamieszkali więc razem bez ślubu, ale po jakimś czasie i po suto zakrapianej kolacji pan J. przepisał mieszkanie na konkubinę, więc ta nie nalegała już na stawanie przed ołtarzem. Jak się okazało pani K. dom prowadziła świetnie, rodzina pani K. zapewniła panu J. odpowiedni piedestał, więc pan J. był ze wszech miar ukontentowany, a do skrzywdzenia pani D. nie poczuwał się. Wszak do niej tylko na obiady chodził...
Wiem, wiem...określenie DWIE KOCHANKI to trochę na wyrost, ale pod łóżkiem nie leżałam, a niektórzy mężczyźni dopiero po 60-ce ojcami zostają.
Jednakowoż ślub cywilny tak czy siak się odbył, bo pan J. miał dorosłe dzieci i pani K. poczuła się zagrożona w prawie do mieszkania i miała rację, bo pan J. odszedł pierwszy na łono Abrahama, a znajomi podpowiedzieli, że pismo pana J. bez podpisu notariusza funta kłaków nie warte. Dodam jeszcze, że pani K. swoje mieszkanie z poprzedniego związku straciła za długi własne i dzieci swoich, a do mieszkania pana J. wprowadziła się z jedną walizką.
Biadolił więc pan J. nad swoim wdowim losem, a że miał piękne mieszkanie i wysoką emeryturę, zakręciły się sąsiadki i dalejże swatać emeryta. Jemu wszakże do nowego związku nie było śpieszno, ale z pomocy w pracach domowych chętnie by skorzystał. Poznał pan J. panią D. także wdowę, która emerytowaną kucharką była i wprawdzie intelektem odstawała, ale gotowała świetnie i chętnie. Pan J.chodził więc na obiady, czasem pranie podrzucił, swoją dobrodziejkę nawet do siebie zaprosił, ale raczej z prośbą o zrobienie większych porządków, bo obsługę odkurzacza zdążył jako tako opanować, chleb kupował raz na tydzień, herbatę zrobić umiał.
Spotykając się z panią D. nasz wdowiec zapoznał , niemal przy grobie małżonki, panią K.- kobietę elegancką, wygadaną, z wianuszkiem rodziny i znajomych. Pan J. chętnie chadzał na proszone kolacje, imieniny oraz inne uroczystości, ale że węża miał w kieszeni, więc nie przyszło mu do głowy by jakąś flaszkę lub prezent dla solenizanta kupić. Robiła to zawsze pani K. Ale miała nadzieję chyba na sfinalizowanie związku i zrekompensowanie sobie wydatków. Taka inwestycja w przyszłość. Bowiem pani K. mieszkała kątem u córki i zięcia, więc wdowiec z mieszkaniem był dobrą partią, tym bardziej, że stosunki z zięciem dość napięte były. Obie kobiety nie wiedziały o sobie, bo do jednej pan J. chodził na obiady a drugą zapraszał na spacery i do jej znajomych w gości chodził.
Życzliwi donieśli jednak pani D., że wdowiec po parku z inną flamą się przechadza i widywano ich szwendających się po lokalach. A pani D. nigdy na spacer ani do lokalu nie zaprosił. Wymówiła więc pani D. wikt i opierunek podopiecznemu, robiąc przy tym awanturę i zabierając ciepłą pierzynę wypożyczoną na czas zimowy.
Została mu więc pani K., która bardzo przychylna była, ale do pomocy nie kwapiła się, chyba że po ślubie.
Zamieszkali więc razem bez ślubu, ale po jakimś czasie i po suto zakrapianej kolacji pan J. przepisał mieszkanie na konkubinę, więc ta nie nalegała już na stawanie przed ołtarzem. Jak się okazało pani K. dom prowadziła świetnie, rodzina pani K. zapewniła panu J. odpowiedni piedestał, więc pan J. był ze wszech miar ukontentowany, a do skrzywdzenia pani D. nie poczuwał się. Wszak do niej tylko na obiady chodził...
Wiem, wiem...określenie DWIE KOCHANKI to trochę na wyrost, ale pod łóżkiem nie leżałam, a niektórzy mężczyźni dopiero po 60-ce ojcami zostają.
Jednakowoż ślub cywilny tak czy siak się odbył, bo pan J. miał dorosłe dzieci i pani K. poczuła się zagrożona w prawie do mieszkania i miała rację, bo pan J. odszedł pierwszy na łono Abrahama, a znajomi podpowiedzieli, że pismo pana J. bez podpisu notariusza funta kłaków nie warte. Dodam jeszcze, że pani K. swoje mieszkanie z poprzedniego związku straciła za długi własne i dzieci swoich, a do mieszkania pana J. wprowadziła się z jedną walizką.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




