Pokazywanie postów oznaczonych etykietą role. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą role. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 maja 2016

Jej wybór...


Znam JĄ od zawsze, ale właściwie nie poznałam dobrze. Jest starsza ode mnie na tyle, że nigdy nie byłyśmy blisko i widujemy się rzadko.
Żyjemy w dwóch różnych światach, inne mamy zainteresowania i potrzeby, inny model rodziny. Gdy ja byłam jeszcze studentką ONA miała już dwoje dzieci, przerwała pracę zawodową, by wychować córeczki, a gdy przyszedł czas powrotu do pracy zaszła w trzecia ciążę.
Skończyła zawodówkę, po szkole pracowała krótko, bo wcześnie wyszła za mąż i pojawiły się dzieci. Odwiedzałam JĄ rzadko, bo nie bardzo miałyśmy o czym o rozmawiać, chociaż jesteśmy kuzynkami. Jakieś zdawkowe informacje o rodzinie, kto umarł, kto się ożenił, kto się przeprowadził. Zawsze w trakcie rozmowy właściwie nigdy nie usiadła, zrobiła kawę, ale tylko dla mnie, a sama , jakby ze ścierką przyrośniętą do dłoni, z uporem maniaczki wycierała blaty, przestawiała, domykała szafki (siadałam chętnie w kuchni, tak jak u jej mamy, to było serce domu)
Mówię kiedyś:
- Usiądź wreszcie choć na chwilę, bo mnie denerwuje to twoje latanie od zlewu do okna i z powrotem.
- Nie siadam, gary do mycia, budyń muszę nastawić, bo dziewczyny ze szkoły wrócą, a w wannie skarpety do prania czekają (obie młodsze córki trenowały sport, starsza studiowała medycynę)
- Budyniu nie musisz robić, a skarpety już mogą prać same albo do pralki wrzuć!
- Pralka białych nie dopierze… a jeszcze placek muszę zrobić, bo najstarsza imieniny ma, to siostry jej zawiozą , tak dużo się uczy…


Gdy zdarzało się, że siadłyśmy w pokoju, to zasypiała ze zmęczenia w fotelu. Takie było JEJ życie. Jedyne wyjścia towarzyskie to uroczystości rodzinne i msza w niedzielę, jedyne wyjazdy to zamiejscowe pogrzeby w bliskiej okolicy i raz czy dwa do córki na studia.
Jej mąż miał działkę, z której przywoził owoce i warzywa, które ONA z kolei przetwarzała w strasznych ilościach, na słoiki, butelki i weka wykupili nawet dwie piwnice.
Nigdy nie widziałam, żeby coś czytała, oglądała, co najwyżej cerowała...
Gdy córki były już duże wróciła na chwilę do pracy, bo mąż zaczął chorować i musiała pomóc podreperować domowy budżet. W pewnym okresie pojawiła się szansa odejścia na rentę, bo nogi i kręgosłup bardzo JEJ dokuczały, ale jakoś o leczeniu nie pomyślała, chociaż córka skończyła już medycynę i robiła specjalizację.
Skorzystała z przejścia na rentę, ale te wkrótce cofnięto, a na jej miejsce w pracy przyjęto kogoś innego. Do emerytury było daleko, więc musiała wrócić do pracy. Po wielu staraniach coś tam znalazła, ale za małe pieniądze i zajęcie obciążające dla jej chorób.
Córki wykształciły się, rozjechały po świecie, jedna po nieudanym związku wróciła do rodziców z wnukiem, którym ONA oczywiście sie opiekowała, bo mama dziecka uzupełniała kwalifikacje...
Ilekroć spotkałyśmy się w sklepie czy na ulicy potrafiła tylko narzekać na zmęczenie, swoje dolegliwości, z czasem doszedł temat wnuka.
Niedawno spotkałam JĄ na ulicy, pochwaliła się, że bluzkę od córki dostała i że mąż z córką i wnukami pojechali na wycieczkę.
- A ty? – spytałam
- A ja przy garach…
- Czemu nie pojechałaś, obiad mogliście zjeść po drodze…
- E.. . ja tam łazić nie lubię, a oni będą zwiedzać, trochę odpocznę od hałasu…
Smutno mi się zrobiło i tak się zastanawiam, czy do takich wyborów zmusiło JĄ życie, czy za wcześnie te wszystkie obowiązki na nią spadły i nie starczyło sił na nic innego, czy po prostu nie ma wielkich wymagań wobec świata i ludzi w ogóle…