Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turystyka szkolna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turystyka szkolna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 maja 2016

Będąc młodą turystką...

Wpis Hegemona o wyprawie na Podlasie pobudził moje wspomnienia z okresu, gdy zaczynałam pracę i razem z koleżanką zafiksowałyśmy się na turystyce. W jej przypadku to było naturalne, bo skończyła geografię i należała do PTTK, a ja byłam niedzielną turystką z żadnym doświadczeniem.
Jeździłyśmy więc na wycieczki jedno- i kilkudniowe, organizowałyśmy w soboty rajdy piesze ( ruch aut był o wiele mniejszy niż dziś ) , ale do końca życia zapamiętam obóz wędrowny po Jurze krakowsko-częstochowskiej. Pojechało z nami 20 sztuk młodzieży w wieku 13-15 lat ( wtedy były jeszcze ósme klasy). Noclegi zamówione w schroniskach młodzieżowych, żywność była na kartki, na wsiach sklepy czynne tylko od poniedziałku do piątku, chleb trzeba było zamawiać z wyprzedzeniem, nie w każdej miejscowości były restauracje czy gospody.
Podróżowaliśmy czym się dało: pociągiem, autobusem PKS, tramwajem, okazją, na piechotę.
Nasza podróż zaczęła się już ciekawie, bo w czasach gdy nic nie było pewne, zwłaszcza miejsce w pociągu, okazało się, że nie mamy zarezerwowanego wagonu – przeoczenie logistyczne, a podróż miała odbywać się nocą. Ulitował się nad nami kierownik pociągu, za którego zgodą wpuszczono nas do wagonu pocztowego i spaliśmy na workach z listami.
Dowcip logistyczny polegał także na tym, że na bieżąco musiałyśmy robić notatki, prowadzić księgowość, zbierać WSZYSTKIE bilety i rachunki, dźwigać zakupioną żywność.
Zdarzało się, że chleb kupiony w Krakowie dzieciaki zjadły na przystanku autobusowym, więc na kolację zorganizowaliśmy wiadro ziemniaków od gospodarza, masło i sól…
Nocowaliśmy, jak wspomniałam w schroniskach młodzieżowych, których standard pozostawiał wiele do życzenia, trochę lepiej było w Krakowie czy większych miejscowościach, ale na wsiach zastawaliśmy często warunki spartańskie.
Bywało, że na 22 osoby przybywające do takiego przybytku był do mycia jeden zlew kuchenny na korytarzu, jedna misa metalowa, obtłuczona strasznie, jedna ubikacja, a towarzystwo mieszane. Wierzcie mi, że niełatwo zorganizować wieczorne ablucje dla takiej gromady spoconych, zmęczonych trudami drogi turystów. Pokonywaliśmy dziennie nieraz po 15 kilometrów w upale i kurzu lub wręcz przeciwnie.
Kiedyś po takiej wędrówce przez las w deszczu i błocie wielu z nas wyrzuciło buty i wszystko, co miało się na sobie, bo nie było tego nawet kiedy i gdzie wysuszyć!
Zatrzymaliśmy kiedyś okazję czyli miejscowego dostawczaka marki Żuk, który przewoził sprzęt malarzy pokojowych czyli wiadra, pędzle, puszki farby. Do dziś nie wiem jak zmieściły się w nim 22 osoby z wielkimi plecakami. Cóż, determinacja czyni cuda!
Mieliśmy też kontakty ze służbą zdrowia, bo na takim obozie różne rzeczy mogą się wydarzyć, ale drastycznych wypadków nie odnotowano…
Dla wielu uczestników była to swoista szkoła przetrwania, najmłodsi tęsknili za domem, opiekunki tęskniły za wygodnym łóżkiem i przespaniem w całości choć jednej nocy.
Jedliśmy co udało się kupić lub zorganizować, jak te ziemniaki, plecaki puchły od zbieranych dowodów na uczciwie wydawane pieniądze.
Zwiedziliśmy i przeżyliśmy dużo, po dwóch tygodniach okazało się kto jest twardzielem a kto mięczakiem…
Dziś nie odważyłabym się na taki wyczyn z powodów takich jak: inna młodzież, przewrażliwieni rodzice, przepisy, większa świadomość zagrożeń itp. itd.