środa, 5 listopada 2025
Nagroda...
niedziela, 26 stycznia 2025
Trudne wybory zawodowe
Każdy chciałby mieć pracę łatwą i przyjemną, dobrze płatną i z zapleczem socjalnym.
Szczytem marzeń jest praca połączona z pasją lub w gronie osób, które się wspierają , a atmosfera w miejscu pracy nie generuje wiecznego stresu.
Wielu młodych ludzi chciałoby szybko zarobić na wygodne życie, a jednocześnie nie spędzać całych dni w pracy, bo życie, to nie tylko sprawy zawodowe przecież.
Sporym problemem dla młodzieży jest wybór kształcenia zawodowego. Nie każdy w wieku kilkunastu lat ma sprecyzowane plany na życie, bywa, że profil kształcenia nie spełnia oczekiwań młodego człowieka, a praca podjęta po ukończeniu szkoły, to już kompletne rozczarowanie.
Dlaczego akurat o tym dziś piszę? Bo znalazłam na lokalnej stronie internetowej ranking zawodów, dla których prognozuje się możliwość zatrudnienia na rynku z podziałem nie tylko na regiony, ale nawet na powiaty. Zawód można wybrać na przyszłość każdy, ale pamiętać tez musimy o szansach na zatrudnienie w swojej lub pobliskiej miejscowości.
Inną sprawą jest przekwalifikowanie i otwartość na nowe wyzwania. Słyszy się przecież o osobach, które od lat szukają pracy, a jeśli nie mamy odwagi zacząć drogi zawodowej na własny rachunek, to pozostaje zmiana profilu zawodowego na poszukiwany w danej okolicy.
Barometr zawodów, to badania rynku pracy prowadzone pod auspicjami Wojewódzkiego Urzędy Pracy w Krakowie i uwzględnia zawody z podziałem na DEFICYTOWE, ZRÓWNOWAŻONE i NADWYŻKOWE.
W moim powiecie brakuje na 2025 rok pracowników w zawodach:
* blacharze i lakiernicy
* cieśle i dekarze budowlani, pracownicy budowlani ogólnie
* elektrycy i elektronicy,
* fizjoterapeuci i lekarze
* kierowcy autobusów i ciężarówek
* psychologowie i psychoterapeuci
* spawacze
* specjaliści automatyki i robotyki
W jakich zawodach mamy nadmiar zatrudnionych?
* ekonomiści
* personel sprzątający
* spedytor i logistyk
* technik informatyk
Pewnie w każdym rejonie kraju sytuacja wygląda nieco inaczej, a badania prowadzone są corocznie, może więc powstać sytuacja, że za wymarzoną pracą trzeba będzie jeździć daleko , a to znowu nowe wyzwania, takie jak wynajem mieszkania, dojazd do pracy, specyficzne warunki lub otoczenie.
Sonda wśród czytelników artykułu o zatrudnieniu wykazała, że w moim powiecie niełatwo o atrakcyjną pracę, co przyznało 96 % respondentów.
Gdy czasami słucham opowieści o poszukiwaniach pracy, to cieszy mnie, że mam to już za sobą...
sobota, 29 czerwca 2024
Na budowie czy przy cebuli?
Zajrzałam z ciekawości na ogłoszenia lokalne o pracy. Pierwsza refleksja - brak skomunikowania poszukujących z dającymi pracę.
niedziela, 20 listopada 2022
Kim chciałeś zostać?
sobota, 24 września 2022
Wymiana?
Podobno wszystko już było, nawet gospodarka wymienna, gdy ludzie zamiast płacić za dobra i usługi wymieniali się tym co zdobyli lub sami wyprodukowali.
niedziela, 21 sierpnia 2022
Dlaczego odchodzą?
Brakowało nauczycieli już w ubiegłym roku szkolnym, alarmowali dyrektorzy, informowały związki zawodowe, dziwili się rodzice.
Nauczycieli brakowało z wielu powodów, odchodzili na emeryturę, zmieniali miejsce pracy, leczyli aparat głosu lub psychikę, umierali ( na covid, nowotwory, zawały).
Wielu odeszło z zawodu także w tym roku, nawet nauczyciele nagradzani, wybierani w rankingach, zapaleńcy z pasją.
Pan minister od edukacji nie widzi problemu, wręcz przeciwnie, każe czekać do września, bo zawsze bywały braki. Strajki sprzed pandemii pokazały, jak małe poparcie, a nawet wrogość spotykają nauczyciele ze strony opinii publicznej, a zwłaszcza rodziców uczniów.poniedziałek, 27 czerwca 2022
Stało się...
Ostatni szkolny dzwonek, ostatnie spotkanie w świetlicy szkolnej, kwiaty, laurki, serdeczność w każdym geście, ogrom miłych słów, podziękowania, pamiątkowe zdjęcia i słodki poczęstunek.
Kwiatów przywiozłam do domu tyle, że podzieliłam się nimi z sąsiadkami.
Upominki, to bony podarunkowe, książki, zaproszenie na masaż relaksacyjny, słodycze i piękne karty z życzeniami.
Łez wzruszenia tego dnia było mnóstwo, nawet uczniowie klas 8 na pożegnaniu ze szkołą płakali, najwięksi twardziele ocierali skrycie łezki...
Teraz jeszcze ogarnąć ostatnie zawodowe sprawy, przekazać obowiązki, oddać dokumenty do ZUSu, wykorzystać urlop i od 26 sierpnia będę wolnym człowiekiem.
Niezwykłą radość sprawiło mi przyznanie certyfikatu podsumowującego całokształt wysiłku na rzecz propagowania czytelnictwa.
środa, 14 kwietnia 2021
Jaś Wędrowniczek
Jaś czy Jan, a może Janeczka?
****
Inny pan Janek dorabiał do emerytury jako agent małej firmy ubezpieczeniowej. Ludzie chętnie się u niego ubezpieczali, bo przyszedł z polisa, doradził, pilnował terminów.
Gdy wybuchła pandemia, żona prosiła, by zaprzestał procederu, bo jeszcze się zarazi. Może trochę i o siebie się bała, bo od lat chora na cukrzycę, a wiadomo...
Pan Janek nie bał się, używał maseczki , byle gdzie nie chodził. Gdy żona poczuła się gorzej i dostała gorączki, oboje zrobili sobie testy, choć jemu nic nie było, ale zapłacił za test dla pewności.
Okazało się, że oboje są pozytywni, a pan Janek dziwił się, że żona taka chora, a on nic, nawet kataru.
Gdy trafiła do szpitala było już na tyle późno, że po 3 dniach zmarła. Wszyscy sąsiedzi żałowali sympatycznej żony pana Janka od ubezpieczeń, ale nie wszyscy mogli iść na pogrzeb. Obostrzenia.
****poniedziałek, 9 listopada 2020
Szkoda....
Nie ma teatru bez widzów, szkoły bez uczniów, a biblioteki bez czytelników. Biblioteka to nie tylko magazyn książek, a szkolna w szczególności ma zadanie wyjątkowe w pewnym sensie, bo od pierwszych kontaktów dziecka z książką, biblioteką zależy kształtowanie u dzieci zamiłowania do kontaktu z literaturą w ogóle. Dlatego tak ważne są nie tylko wypożyczenia i nudna statystyka, ale kontakty bezpośrednie z czytelnikiem, rozmowy, zabawy integracyjne, konkursy.poniedziałek, 25 listopada 2019
Do śmierci?
Prezes ZUS straszy, że zabraknie pieniędzy na wypłatę emerytur i zapowiada obniżkę wypłacanych kwot emerytalnych.
Nasi polscy emeryci nie podróżują jak Niemcy czy Japończycy po świecie, bo wreszcie mieliby czas, podróżują raczej po przychodniach i szpitalach lub dorabiają jak mogą, jeśli jeszcze są w stanie.
Z pism, które ZUS przysyła mi co jakiś czas wynika, że aby starczyło mi na życie, rachunki i ewentualne leki, będę musiała pracować do śmierci pewnie, bo kto wie, ile lat komu pisane? A zachęcają by pracować zawodowo co najmniej do ukończenia 65-67 lat.
Obserwowałam swoich krewnych, przechodzących kolejno na emeryturę, te ciocie, wujków, dziadków...
Pracowali ciężko w różnych zawodach, mało kto cieszył się z dobrym zdrowiem po zakończeniu pracy zawodowej, a my wszyscy znamy historie o kruchości życia na emeryturze, wielu twierdzi, że emerytura to śmierć...
Kiedyś lekceważyłam opowieści o przywilejach przedemerytalnych - w niektórych zakładach pracy obowiązywał tzw. okres ochronny dla pracownika, którego przesuwano na lżejsze stanowisko pracy. Osoby młode czasem uważały to za niesprawiedliwe.
Z tego, co słyszę, i co widzę wokół, nie obowiązują już takowe przywileje, wręcz przeciwnie - tempo życia i pracy wymaga od najstarszych w firmach pracowników efektywności na równi z młodymi.
Nie oszukujmy się, osoba w pewnym wieku może mieć problemy z obsługą skomplikowanych urządzeń, z odszyfrowaniem instrukcji napisanych maczkiem, z dźwiganiem ciężarów, wspinaniem się na drabiny, z tolerancją na hałas, z refleksem itp.
Gdy podnoszono wiek emerytalny, krążyły na przykład dowcipy o starych nauczycielach WF, którzy usiłują zademonstrować skok przez kozła lub inne ewolucje.
Być może są profesje, w których można pracować do śmierci, znacie takie?
Pokazywano w mediach 85 - letniego lekarza, który jeździ z pogotowiem, ale oglądał pacjentów z daleka, a wszystkie czynności siłowe wykonywali sanitariusze.
A wyobrażacie sobie równie leciwego kierowcę autobusu, operatora dźwigu, górnika pracujących efektywnie przez 8 godzin dziennie?
Śmiem twierdzić, że to mało prawdopodobne.
Miałam na studiach zajęcia z profesorem, który ukończył 85 lat. Nikt nie potrafił odczytać jego pisma, a zajęcia polegały na tym, że opowiadał nam, zdartym już głosem o swojej młodości. Nie powiem, ciekawe opowieści, ale merytorycznie w ogóle nie związane z przedmiotem.
Nie mam wprawdzie 70, 80 lat, ale zaczynam odczuwać skutki zmęczenia po całym dniu pracy, do tego często popołudniami fundują nam warsztaty i szkolenia. Dokłada nam się dodatkowe obowiązki bez pytania o akceptację i bez dodatków finansowych za pracę ponad zakres przydzielonych czynności.
Oprócz tego, doświadczony pracownik jest odpowiedzialny za wprowadzenie w tajniki zawodu czy stanowiska pracy młodych pracowników.
Pracodawcy zapominają często, że nie jesteśmy niewolnikami i mamy prawo do rodziny i czasu wolnego.
Spróbujcie zwolnić się na pogrzeb, badania, załatwienie jakiejś pilnej sprawy, a większość z tego odbywa się w godzinach pracy, bo w przychodniach i urzędach też nikt nie chce pracować do nocy.
Patrząc na niektórych posłów czy ministrów twierdzę, ze oni także nie powinni pracować do śmierci...
poniedziałek, 30 września 2019
Pierwsza praca...
Nie pamiętam już, którą pracę wykonywałam jako pierwszą w celach zarobkowych, ale chyba była to praca babki/ dziewki klozetowej.
Nie śmiejcie się, pecunia non olet...
Pierwsze zarobione pieniądze pozwalają lepiej się poczuć, a wydaje się je z większą rozwagą, niż podarowane.
Ta pierwsza praca była całkowitym przypadkiem, chodziłam wtedy do podstawówki, moja mama pracowała w Ciechocinku w restauracji, jako księgowa.
Pojechałam tam w odwiedziny i zaproponowano mi pomoc przy myciu kufli po piwie, czasami sprzedałam też komuś piwko, ale ktoś dopatrzył się w tym nieprawidłowości, więc usunięto mnie zza bufetu.
Sama więc wynalazłam sobie zajęcie, ambitne nie było, ale gości sporo, więc na talerzyk obok WC klienci kładli ciągle monety. W parę dni zarobiłam na dobre lody i coś tam jeszcze. Stare dzieje.
Później była to praca przy truskawkach. Naszym zadaniem było usuwanie szypułek, bo obrane owoce trafiały bezpośrednio do przetwórni.
Wolno nam było jeść truskawki do woli, nie można było tylko wynosić.
Pierwszego dnia jadłam największe, drugiego najsłodsze, trzeciego już nie mogłam patrzeć na truskawki.
Robota była żmudna, plecy bolały, płacili kiepsko od wagi koszyka.
Rąk nie mogłam długo doszorować, ale owoców najadłam sie za wszystkie czasy.
W szkole średniej najęłam się na cały lipiec w warsztatach szkolnych jako pomoc ślusarza. Uczniowie szkoły zawodowej mogli popracować latem przy produkcji małych elementów dla przemysłu, a my - czyli element napływowy z liceum pomagałyśmy ślusarzom.
W warsztatach tych pracował mój przyszły teść, stąd wiedza o możliwości zarobkowania.
Płacili na tyle dobrze, że z zarobionych pieniędzy nabyłam piękny sweter i jeszcze sporo zostało na resztę wakacji.
W czasie studiów koleżanka załatwiła nam pracę w drukarni. Zachęcali dobrymi zarobkami, praca na akord, także w soboty.
Do pracy chodziłyśmy na 5.45, dla studentki w wakacje to zabójcza pora.
Robota dla robota, zero myślenia, pośpiech, jedna przerwa na śniadanie.
Więcej przerw mieli palacze, co do dziś uważam za niesprawiedliwe...
Zarobki okazały się legendą, ale i tak warto było, zawsze to doświadczenie i własna kasa.
Napatrzyłam się natomiast na różne machlojki i kradzieże...jak miało być w Polsce dobrze, gdy pracownicy okradali własną? firmę, która dawała im pracę
Było trochę tych dorywczych prac, każdy młody człowiek ma spore potrzeby.
Trochę ich opisałam w zakładce Okruchy pamięci, muszę wrócić do uzupełniania, bo pamięć coraz bardziej dziurawa się robi.
Dlatego też byliśmy z mężem dumni, gdy syn od początku studiów także podjął dorywcze prace tu i tam, miał na koncerty, piwko z kolegami, a wreszcie na randki z ukochaną.
Jeśli pamiętacie swoje doświadczenia w tym względzie podzielcie się, proszę w komentarzach:-)
piątek, 7 czerwca 2019
Zza biurka na matę
Zaproszono mnie z dziećmi na spotkanie w ramach akcji głośnego czytania.
Gość biblioteki przy parku powitał nas promiennym uśmiechem, z zazdrością patrzyłam na nienaganną sylwetkę i wyprostowane plecy.
W trakcie spotkania pani Ania opowiedziała o swojej drodze do bycia trenerką personalną.
Przez 17 lat pracowała za biurkiem, czuła się coraz częściej wypalona, zniechęcona, nie mogła po pracy wykrzesać z siebie sił ani ochoty, by pójść choćby na rower ( skąd ja to znam ? )
Pewnego dnia postanowiła zmienić ten stan rzeczy, tym bardziej, że wychowanie syna wymagało od niej też sporo energii, chciała mu towarzyszyć w wielu aktywnościach, a tu organizm odmawiał posłuszeństwa.
Zainteresowała sie fitnessem, uporządkowała swoje sprawy, zrobiła odpowiednie kursy, wymówiła pracę za biurkiem i znalazła swoje miejsce w studiu fitnessu, gdzie prowadzi zajęcia indywidualne i grupowe dla ludzi w różnym wieku.
Zmieniła całkowicie tryb życia, jest pogodna, pełna energii, zaraża ochotą na ruch i zdrowy styl życia.
Z zainteresowaniem słuchały jej nie tylko dzieci.
Dostałam darmową wejściówkę na wybrane zajęcia, by zapoznać się z ofertą, ale chyba dopiero w wakacje dam radę skorzystać ( piątek 8 rano).
Jak mówi trenerka, powinno się spróbować różnych form, by wybrać najlepszą dla siebie.
Jeśli dotrę i nie padnę na polu walki ( fitnessu), dam znać jak mi poszło...
niedziela, 18 marca 2018
Na tapczanie siedzi leń...
Przecież nawet jak leżę,to coś robię, jest na to dowód naukowy, bo spalam jakieś kalorie.
W sumie nicnierobienie stanowi dla wielu osób straszny problem, nie potrafią zrelaksować się na tyle, by siedząc w fotelu lub leżąc na leżaku nie myśleć o tym, co powinni zrobić. A właśnie, dlaczego powinni?
Nie mówię tu o pracy zawodowej, bo tu szef wymusza na nas robienie czegokolwiek.
Mam na myśli raczej odrzucenie tego przymusu zrobienia zwykłych rzeczy, bez których według wielu osób świat się zawali. A nasze prawo do chwili wytchnienia? Czasowe zatracenie się we własnych myślach, tęsknotach , w tańcu, zanurzenie się w dźwiękach muzyki, zaczytanie się bez pamięci o realnym świecie.
Kto z Was, z ręką na sercu może powiedzieć, że potrafi bez wyrzutów sumienia wykraść dla siebie kilka godzin bez myślenia o obowiązkach?
Ileż to razy, siedząc w kawiarni z przyjaciółką kończymy słowami: muszę lecieć i zrobić obiad, muszę nastawić pranie, mam kupę ubrań do prasowania, muszę zrobić zakupy, muszę....
Nawet nasi przodkowie stworzyli porzekadło - co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj, a co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro. Pewna znajoma mawiała natomiast - kurz jest po to żeby leżał, a rolety po to by je opuszczać, gdy brudne okna.
Ten ciągły przymus pozbawia nas spontaniczności, radości życia, powoduje ciągłe wyrzuty sumienia... a przecież wystarczy słowo MUSZĘ zamienić na MOGĘ, a wtedy perspektywa jest zupełnie inna. Wówczas otwierają się przed nami okazje i możliwości i to MY decydujemy, co najpierw zostanie zrobione.
Ja zapożyczyłam od koleżanki bardzo przydatne powiedzenie, że od pewnego wieku, to już niczego nie muszę, co najwyżej mogę.
Tak więc wśród rozlicznych obowiązków nie zapominajmy także o przyjemnościach i chwilach lenistwa, nie czekajmy, aż nasz organizm zbuntuje się i zastrajkuje niedomaganiami i pamiętajmy, że w pracy zawodowej nie ma ludzi niezastąpionych, a zgorzkniałych i wypalonych wszyscy unikają.
Rozpieszczajmy się póki czas, by nie zapomnieć, jak miłe są chwile lenistwa :-)
piątek, 11 sierpnia 2017
Epizod niehazardowy...
Rozczaruję Was jednak, bo nie grałam w Black Jacka ani w Jednorękiego bandytę, nie zastawiłam zegarka na żetony, ani tym bardziej nie wygrałam fortuny, by ją szybko przepuścić na zbytki.
Bywałam w małym kasynie gry o nazwie Admirał w celach zarobkowych, jako konserwator powierzchni płaskich czyli sprzątaczka.
Robota trafiła się przypadkiem. Kolega miał znajomego, który szukał zaufanych osób do pracy w kasynie właśnie. Płacili świetnie, praca lekka przez godzinę dziennie 7 dni w tygodniu. Kasyno czynne było 23 godziny na dobę, więc przez tę jedyną godzinę dziennie musiałyśmy we dwie z koleżanką posprzątać przed drugą zmianą.
Dlaczego we dwie? Po pierwsze raźniej, po drugie zmieniałyśmy się w weekendy, żeby choć wtedy dłużej pospać. Kasyno obsługiwały dwie zmiany w składzie - współwłaściciel plus pracownik. Śmieszne było to, że jedna zmiana lubiła pogadać i częstowała kawą, druga nic - zero rozmów, zero kawy...
O pracy sprzątaczki nie ma co pisać, cóż moze być pasjonującego w odkurzaniu wykładziny wielgachnym przemysłowym odkurzaczem, opróżnianiu popielniczek i myciu toalet?
W zasadzie nie widywałyśmy także gości tego przybytku, w każdym razie brudzili niewiele, za to petów było mnóstwo. Nawet nie wiem czy teraz w kasynach też obowiązuję zakaz palenia jak w innych lokalach?
Zajmujące były opowieści pracowników o bywalcach kasyna. Niejedna głowa rodziny przegrała w kasynie nie tylko wypłatę, zegarek czy samochód, zdarzały się weksle na dom podpisywane przy świadkach, wzywanie na pomoc kolegów z pożyczoną gotówką, wizyty pogotowia do bywalców ze słabszym sercem i awantury żon przybywających w ślad za trwoniącym majątek mężem.
Swoją droga, okazało się po jakimś czasie, że jeden z pracowników także uległ nałogowi i wymieniono go na innego.
Nie było też tajemnicą, że stałym bywalcem kasyna był miejscowy proboszcz, ale wpadał na skromniejsze występy, bo z większą gotówką i po większe stawki jeździł podobno do Torunia.
W kasynie pracowałyśmy pół roku. Miała to być praca dodatkowa do wakacji, więc zgodnie z umową zakończyłyśmy proceder. Kasyno po jakimś czasie upadło, a lokal chyba pechowy jakiś, bo do dziś wisi na drzwiach napis - WYNAJMĘ LUB SPRZEDAM.
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
Odkrycie :-)
- To zdradź nam swoje odkrycie - krzyknęłyśmy we trzy, bo więcej nas na tej kawie było.
- Doszłam do wniosku, że gdy w domu nakładam sobie obiad, to włączam telewizor by wysłuchać wiadomości i tak mnie te wszystkie pierdoły denerwują, że metabolizm mi zwalnia, gorzej trawię i stąd to tycie...wcześniej jadłam w kuchni, a tam telewizora nie mam, więc nie tyłam. To musi być to!
Na to inna koleżanka:
- Popatrz, to działa też odwrotnie, bo ja oglądam telewizję już od rana przy śniadaniu i chudnę. Nawet ostatnio masażystka powiedziała, że muszę przytyć, bo ona nie ma czego masować, ręce ją bolą od moich sterczących kości...
- Przyślij ją do mnie, to mi sadło rozmasuje, a ja przestaję oglądać telewizję...
Uwielbiam te nasze rozmowy przy kawie :-)
piątek, 3 lutego 2017
By nie zwariować...
Często osoby pracujące w zawodach narażających je na nieustanny kontakt z innymi ludźmi (pacjenci, petenci, uczniowie, klienci, pasażerowie) ulegają od czasu do czasu takiej presji ze strony czynników zewnętrznych, że w pewnym momencie dochodzą do przysłowiowej ściany. Gdy dodamy do tego takie elementy jak : gorsze samopoczucie, kłopoty rodzinne, zmęczenie, konflikt z szefem lub współpracownikami itp. to nic tylko palnąć sobie w łeb.
Czasami sytuacja nas przerasta na tyle, że niektórzy wpadają w depresję, mówi się o wypaleniu zawodowym, fobiach różnego rodzaju. Nie każdy czuje się na siłach lub nie ma możliwości skorzystania z fachowej porady terapeuty, zmiany miejsca pracy lub wzięcia dłuższego urlopu dla poratowania zdrowia psychicznego.
Sama miałam taki epizod w życiu, kiedy wykonywałam pracę przewidzianą dla dwóch osób, pracowałam po 9 godzin i do podejmowania codziennie swoich obowiązków motywowała mnie perspektywa pracy w takich warunkach tylko przez rok .
A bywa, że ktoś ma podobnie lub gorzej przez kilka lat. Jeśli jest się młodym, można wiele wytrzymać, ale w pewnym wieku, z dwudziestokilkuletnim stażem nie jest łatwo sprostać presji psychicznej, a i nasza fizyczność domaga się odpoczynku, dłużej odreagowuje się zmęczenie fizyczne i psychiczne.
Przyznam się, że gdy sytuacja bardzo mi dopiekła i czułam, że będę warczeć na wszystkich i na wszystko lub po prostu zwariuję , robiłam sobie godzinną przerwę od czytelników. Nie od pracy, bo przecież nie przysługiwała mi taka przerwa, ale od kontaktów z żywym człowiekiem, który ciągle coś mówi, ciągle czegoś chce, telefon dzwoni, drzwi się nie zamykają.
Taka przerwa z herbatą, w całkowitej ciszy, oderwanie myśli od czynności zawodowych ma zbawienny wpływ na psychikę, czego nie doceniają niektórzy pracodawcy. Chociaż słyszałam o praktykach w nielicznych firmach, które oferują swoim pracownikom pokoje socjalne, gdzie można wypić w spokoju kawę i zjeść ciastko ( na koszt firmy), pograć w piłkarzyki, posłuchać muzyki.
Na przeciwnym biegunie są pracodawcy, którzy specjalnie zatrudniają młodych pracowników, by wycisnąć z nich wszystkie soki i potem wyrzucić jak zużyty kapeć.
Takie stresy w pracy ludzie różnie odreagowują, jedni w miarę zdrowo, inni niestety mniej:
• Uprawiając różne sporty tzw. zwyczajne
• Próbując sportów ekstremalnych, co nie zawsze jest bezpieczne
• Wychodząc z przyjaciółmi na drinka, co często kończy się uzależnieniem
• Zajadając stresy lub pijąc zbyt duże ilości kawy i napojów energetycznych
• Oddając się pasjom rozmaitym, pozwalającym zapomnieć o problemach w pracy lub innych
Szczęściarzami mogą nazwać się te osoby, którym udało się połączyć pasję z zarabianiem pieniędzy i nie narażają się na niekorzystne czynniki z zewnątrz.
Ale czy dziś istnieją takie miejsca pracy lub tacy pracodawcy?
Poza tym podobne reakcje i konieczność podreperowania psychiki mogą dotyczyć nie tylko osób pracujących zawodowo. Wielu z Was pewnie mogłoby sypać przykładami jak z rękawa i oburzyć się, że piszę tylko o osobach w tzw. wieku produkcyjnym. A nie zapominajmy też o kobietach wychowujących dzieci i nawet jeśli nie pracują zawodowo, to sytuacji przyprawiających o ból głowy im nie brakuje...
Bywają także skomplikowane sytuacje życiowe, które powodują wieczny stres, bezsenność, liczne problemy zdrowotne, których przyczyn doszukujemy się wszędzie, tylko nie w naszej psychice, bo zapominamy o relaksie, odseparowaniu się na jakiś czas od sytuacji lub osób, które mają na nas niekorzystny wpływ.
A jak Wam udaje się odreagować sytuacje, przyprawiające o ból głowy?
piątek, 9 grudnia 2016
Niedziela dla rodziny...
Dziś chcę się podzielić swoimi refleksjami z Wami, bo mnie to męczy... chodzi o zapowiedź likwidacji handlu w niedziele, co rząd i związki zawodowe argumentują tym, że niedziela ma być dla Boga i rodziny. Nie chcę sie wdawać w dyskusję szeroko, bo i tak każdy z nas ma pewnie inne zdanie na ten problem. Każdy lub prawie każdy lubi mieć wolne w weekendy, ale też nie każdy akurat w weekendy może mieć wolne. Więc jeśli np. mąż pracuje głównie w weekendy, dajmy na to w muzeum lub w kinie, a żona w weekendy ma wolne, to i tak nie jest to niedziela rodzinna.
Poza tym, nie wszyscy są katolikami praktykującymi (tak się mówi) i niekoniecznie chodzą co niedziela do kościoła. Swoją drogą, ciekawe kto księdzu obiad gotuje... ale nie o tym chciałam napisać. Poza tym, dlaczego akurat pracownicy handlu wielkopowierzchniowego mają mieć prawo do wolnych weekendów?
Będąc w toruńskiej galerii handlowej zostałam zaczepiona przez ankieterkę, która poprosiła o wypowiedź na temat handlu w niedziele. Odpowiedziałam tak: jako klient jestem za, bo często tylko wtedy mam czas i siły na większe zakupy, a przy okazji jemy obiad poza domem (nie muszę gotować). Co robię z resztą niedzieli to już moja sprawa. Rozumiem, że pracownicy sklepów, punktów usługowych mogą mieć coś przeciw, mają prawo. Trzeba by najlepiej ich samych o to zapytać...
Nie muszą jednak galerie być otwarte do 22.00, po co? Na liście ankieterki się nie podpisałam, bo zbyt dużo danych chciała ode mnie, a tego nie lubię...
Po kilku minutach weszliśmy z mężem do sklepu z męskimi koszulami i zapytałam ekspedientkę (zresztą bardzo uprzejmą, zwłaszcza dla męża) czy widzi sens handlu w niedziele? Odpowiedziała, że w weekendy najwięcej sie sprzedaje, ograniczyłaby tylko godziny pracy, bo po 19.00 ledwo kto już zachodzi do galerii, a co dopiero, aby kupić koszulę.
Po kilku dniach stałam w kolejce do kasy w sklepie typu supermarket i podsłuchałam taką rozmowę kasjerki ze znajomą:
- To fajnie tam , gdzie pracujesz?
- O wiele lepiej, mam wreszcie wolne weekendy!
- A twój mąż?
- On niestety pracuje na okrągło, więc i tak rzadko się widujemy, ale przynajmniej nie ma czasu na kłótnie...
- To twoi rodzice też odpoczną od opieki nad wnukami?
- Oni nie narzekali, zresztą chcemy kupić większe mieszkanie, więc chyba znajdę gdzieś robotę w weekendy..
- A ja się dowiedziałam, że jestem w ciąży i idę na zwolnienie.
- No pewnie, nie bądź głupia, jeszcze się w życiu napracujesz...
Oprócz barów w Licheniu czynne są główne sklepiki z dewocjonaliami, pamiątkami, księgarnie itd.
Cały rok, 7 dni w tygodniu...
piątek, 12 sierpnia 2016
Wybaczcie, trochę ponarzekam...
Pierwsze narzekanie o zakupach będzie i może nawet sie powtórzę. Zakupy mnie czasem dołują, bo albo ciągle to samo w sklepach, 25-ta przecena wymęczonych ubrań, z których wiele nadaje sie już tylko na przemiał, bo dziury, brud, zwisające nitki, popsute zamki, brak guzików, a sprzedający łudzą się, że jeszcze ktoś sie nabierze na obniżkę 80%, kiedy widzę, że od tygodni cena ta sama.
Nudzące się w sklepach panie sprzedające potrafią skutecznie uprzykrzyć zakupy, bo albo chodzą za człowiekiem krok w krok (czuję się jak potencjalna złodziejka), poprawiając wiecznie ubrania lub wieszaki, albo koniecznie chcą mi doradzić, kiedy ja sama nie wiem czego szukam...kobiety tak mają!
Numeracja brana jest często z kapelusza, co powoduje, że muszę często przymierzać zbyt wiele rzeczy, czego nie lubię, a ubrania mam w 3 różnych rozmiarach - jak to możliwe? Pół biedy, gdy napiszą rozmiar 36, 38 lub 40, ale gdy na spodniach lub innych częściach garderoby pojawia się oznaczenie S, M, L to już masakra, tu mogę przymierzać do woli, nic nie pasuje i jednocześnie wszystko. Do tego uwaga pani sklepowej - bo tak się teraz nosi. No trudno, ja nie zamierzam.
Osobny rozdział to przymierzalnie, które chyba nigdy nie są sprzątane, o wietrzeniu nie wspomnę. Kiedyś natknęłam się w kabinie na brudną podpaskę, więc szybko po wejściu zgłosiłam obsłudze, ale odechciało mi się zakupów w tym sklepie.
Drugie narzekanie będzie o darmowych podręcznikach. Nie chcę już użalać sie nad sobą, bo każda praca ma plusy i minusy, a do emerytury dotrwać trzeba i znaleźć sposób na pokonanie trudności (chociaż zaprosiłabym pomysłodawcę darmowych podręczników w szkołach, żeby zobaczył jak to wygląda w praktyce i w realiach bibliotek szkolnych). Narzekać będę na poszanowanie owych podręczników przez obdarowanych czyli uczniów. Nie powiem, są domy, gdzie o książki się dba, owija, metkuje, uczeń nie nosi ich w plecaku razem z napojem, bułkami i bananami, ale są i takie tornistry uczniów, gdzie podręcznik staje sie zbędnym balastem, o który dbać nie trzeba, bo darmowy. Przeglądamy podręczniki oddawane pod koniec czerwca i wierzcie mi, gdyby były własnością uczniów i byłaby możliwość ich odsprzedania innym uczniom lub w antykwariacie, inaczej by wyglądały, już mamy zadbałyby choćby o owijacz. Niektóre egzemplarze po roku nie nadawały sie do niczego. Nie, nie rozpadły się, to nie wina drukarni, jak niektórzy wcześniej sugerowali. Są tak zniszczone i poplamione, jakby na rajdzie Paryż - Dakar były, a zwłaszcza podręczniki do 4 klasy.
Trzecie narzekanie dotyczy mojej kondycji fizycznej. O dziwo, turystycznie po szlakach mogę chodzić całymi dniami, wspinam sie tu i tam, wylewam siódme poty i jeszcze fotki robię, a w robocie - trochę się nadźwigam, poprzestawiam, poprzesuwam ( a podobno praca bibliotekarza umysłową jest, zaksięguję ledwie... 1000 książek, a plecy bolą, jakbym weszła na ośmiotysięcznik. Rankiem nie wstaję już rześka jak szczygieł, dopiero po drugiej kawie w głowie mi trybi i kończyny ruszają jak trzeba...litości, czy ktoś też tak ma?
Coś tam jeszcze by się znalazło, ale na razie wystarczy, bo wystraszę czytelników...
wtorek, 17 maja 2016
Żadna praca nie hańbi...
Gdy zaczęłam spisywać okruchy pamięci, uświadomiłam sobie w ilu różnych miejscach miałam okazję pracować, oczywiście była to praca najczęściej dodatkowa, sezonowa lub wakacyjna,studencka, czasami społeczna, ale zawsze przynosząca ciekawe obserwacje i nowe doświadczenia.
Praca tak różna od mojego wyuczonego i wykonywanego zawodu.
Na temat zmiany miejsca i rodzaju pracy są różne teorie: niektórzy twierdzą, że aby uniknąć wypalenia zawodowego trzeba zmieniać pracę co 5 lat; inni rekomendują trwanie w jednej firmie do emerytury, bo to najlepsze dla pracownika i firmy (tak bywa w Japonii, gdzie stanowiska są nawet dziedziczone); jeszcze inni proponują spróbowania pracy na swoim, bo to pozwala sprawdzić swoją zaradność i kreatywność. Bywają osoby, które wręcz brzydzą się etatem, bo wolą być dla siebie sterem, żeglarzem i okrętem. Zawody tzw. artystyczne w ogóle z etatem się nie kojarzą, choć bywają wyjątki.
Myślę, że spróbowanie różnych stylów i rodzajów pracy jest przydatne dla pisarzy, autorów scenariuszy czy innych twórców, ale może być pożyteczne dla zwykłego śmiertelnika, aby pochopnie nie oceniać i nie lekceważyć pracy innych ludzi. Doświadczyłam tego na własnym przykładzie i najczęściej takie opinie o pracy, której charakteru się nie zna, są niesprawiedliwe.
Jakie mogą być jeszcze plusy z takiego doświadczenia?
Dla mnie takie, że :
• na przestrzeni życia miałam okazję przekonać się chociażby, jakiej pracy na pewno nie chciałabym wykonywać za żadne pieniądze,
• różny, najczęściej niewłaściwy bywa stosunek szefów do swoich podwładnych, jakby zapominali, że szefem sie tylko bywa
• praca nie hańbi, raczej wynagrodzenie za nią
• domaganie się poprawy warunków pracy uważane jest za brak szacunku dla firmy lub szefa
• w wielu firmach pracownicy kradną na potęgę, jakby nie rozumieli, że tak naprawdę podcinają gałąź, na której siedzą
• praca umysłowa lub w wolnych zawodach przez niektórych nie jest uważana za pracę na poważnie, jakby tylko ciężka fizyczna robota była pracą
Jeszcze kilka refleksji na temat pracy zawodowej i pracy w domu. Tutaj panowie zakrzykną, że tylko o paniach piszę, bo nie wypowiadam się za płeć przeciwną, oni mają trochę inaczej…
Nasze babcie z reguły nie pracowały zawodowo, ale inny był wzorzec przekazywany kobietom, rodziny bywały liczne i zajęcia domowe zajmowały kobietom wiele czasu.
Jak powiedział ktoś złośliwie o feministkach: walczyły o prawo do pracy, wywalczyły obowiązek pracy. Znam kobiety, które spełniają się bez pracy zawodowej, będąc tzw. gospodyniami domowymi, znam takie, które po odchowaniu dzieci wróciły do pracy zawodowej, znam takie, które nigdy nie pracowały lub krótko, a po rozwodzie żyją z alimentów od męża. Znam też takie kobiety, które deklarowały chęć pracy zarobkowej, kończyły kolejne kursy, ale żadnej pracy nie podjęły.
Trudno tutaj oceniać wybory, bo jakie mamy do tego prawo?
Z moich obserwacji wynika jednak, że kobiety, które nigdy nie pracowały zawodowo często bywają wycofane i odczuwają lęk przed podjęciem jakiejkolwiek pracy, uzależnione są od „opieki” męża i jego chorobę lub śmierć traktują jak katastrofę życiową.
Rzadko, nie pracując zawodowo, kobiety włączają się w jakąś działalność dodatkową i są, mam wrażenie gorzej zorganizowane, zapominają o swoich marzeniach i samorozwoju. Oczywiście krzyczę głośno, że bywają WYJĄTKI! Bo takie też znam!
Myślę, że dużo zależy od partnera, od sytuacji finansowej rodziny, od miejsca zamieszkania , no i od osobowości samej kobiety.
Innym jeszcze przypadkiem są kobiety, którym choroba lub wypadek przerywają studia lub pracę zawodową, a co za tym idzie wiele zamierzeń na przyszłość. Miałam koleżankę, która przeszła na wcześniejszą emeryturę, bo chciała zostać pilotem wycieczek, zaczęła dokształcanie w tej materii i niestety zachorowała, zmarła w wieku 52 lat.
Wiele z nas nie wyobraża sobie pracować i podrzucać komuś obcemu dzieci czy zatrudniać nianie. Ja cieszyłam się, że wracam po urlopie macierzyńskim do pracy, nawet mój mąż stwierdził wtedy, że najwyższy czas…. teraz wielokrotnie marzę o emeryturze, ale jak mawiamy z koleżankami w pracy: nie wiadomo, czy nie tęsknimy za tym akurat czego nie mamy, a gdy już staniemy się emerytkami, może zmienimy zdanie, po roku powiedzmy?
Jeszcze innym tematem jest wynagrodzenie za pracę i w wielu środowiskach ludzie pracujący z pasją, ale niekoniecznie za duże pieniądze uważani są za nieudaczników lub frajerów, a więc na koniec małe podsumowanie na temat tego, co dla kogo jest naprawdę ważne w temacie zarabiania pieniędzy:
Wyszło długo, ale chyba nie umiem krótko...
sobota, 16 stycznia 2016
Jak płachta na byka...
Mam w pracy koleżankę, która tak właśnie na mnie działa i zastanawiałam się nieraz, co jest tego powodem. Ma trochę denerwujący sposób bycia, ale nie ona jedna, bywa uprzejma, nigdy nie zalazła mi za skórę (no może raz), ale gdy przychodzi z jakąś sprawą, zaraz robię się sztywna. Oczywiście uprzejmość nie pozwala mi łamać zasady dobrego wychowania i staram się być pomocna.
Nie cierpię jednak gdy muszę tłumaczyć owej koleżance po raz piąty to samo i widzę, że ona nawet nie stara się zapamiętać, a następnym razem zaczyna się od nowa. Zagryzam wtedy wargę lub liczę do 10 i nikt nie chciałby słyszeć wówczas moich myśli.
Na dodatek, gdy ostatnio już chciałam ją obsztorcować, że wreszcie mogłaby postarać się zapamiętać i poćwiczyć w domu, ona mi na to:
- dziękuję ci za pomoc tym bardziej, że gdy mi wszystko tłumaczysz nie przewracasz oczami jak inni i masz tyle cierpliwości...
Po takim zdaniu mój wewnętrzny złośliwy chochlik zwija się w kłębek ze wstydu. Z drugiej strony wolę jeśli ktoś przyzna szczerze, że prosi o pomoc, bo nie ma zamiłowania do jakiejś czynności i w życiu się tego nie nauczy, niż kombinuje jak koń pod górkę i tak mnie zmanipuluje, że niby pomagam dobrowolnie, ale w głębi duszy czuję się wykorzystywana.
Rozważania na temat ludzi, którzy działają na nas jak przysłowiowa płachta na byka przypomniały mi zasłyszany przypadek, mówiący o tym, że pewne małżeństwo nie mogło doczekać się potomstwa i po wielu badaniach lekarze nie potrafili wskazać przyczyny. W końcu ktoś podsunął teorię, że żona może być uczulona na nasienie męża lub na niego samego. Para rozstała się i każde z małżonków wstąpiło w nowy związek. Gdy spotkali się po latach, okazało się , że bez problemów doczekali się dzieci z nowymi partnerami.
Czyli można zaryzykować stwierdzenie, że nasienie mężczyzny działało na komórkę jajową kobiety jak płachta na byka...
















































