Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 maja 2025

Ach, to była noc!

 Jak co roku, chcieliśmy skorzystać ze zwiedzania w ramach Europejskiej Nocy Muzeów, a że maj zimny, to i zwiedzanie lepsze od spacerów w wietrzny  i deszczowy dzień. W zasadzie był to wieczór muzeów, a nie noc, ale dla nas to lepsza opcja, bo chodzimy wcześnie spać ;-)

Uwaga, post jest długi, ale i zdjęć sporo...


Zaczęliśmy od stałej wystawy solnictwa w podziemiach Teatru Miejskiego, którą wprawdzie znamy, ale tym razem obejrzeliśmy wyjątkową ekspozycję - zbiór solniczek i pieprzniczek , inowrocławskiego kolekcjonera.


Oprócz kolorowej soli w gablotach, obejrzeć można wnętrze kopalnianej kaplicy, całe z soli, fragmenty ukazujące codzienną pracę górników oraz film o historii solarstwa na Kujawach i dziejach inowrocławskiej kopalni Solno.


Kolekcja solniczek bardzo bogata, na wystawie trzy gabloty, a to podobno tylko ułamek całości.


Zamieszczam zdjęcie ukazujące olbrzymią katastrofę budowlaną na początku XX w., a nie było to jedyne zapadlisko, podobne pojawiały się na przestrzeni całego wieku w różnych częściach miasta, o czym kiedyś pisałam na blogu. Ich skutkiem było zamknięcie i zalanie kopalni, a jej piękne wyrobiska i kolory soli można podziwiać już tylko na filmach archiwalnych i w albumach.


Z podziemi teatru wyszliśmy na wyższe poziomy budynku, by zerknąć na stałą wystawę poświęconą prymasowi Glempowi i jego pamiątkom z podróży oraz obejrzeć ciekawe obrazy. 


Była to wystawa malarstwa Marzeny Tauer - Koneckiej, sporo portretów i pejzaży.


Wystawa pamiątek po prymasie Glempie, to tylko ułamek zbiorów, więcej obejrzeć można w Gnieźnie. Uwagę zwraca wielki pastorał wykonany z bursztynu.


Wreszcie dotarliśmy do Muzeum im. Jana Kasprowicza ( krótki spacer, bo blisko) a tam bogata oferta!
Nie tylko darmowe zwiedzanie stałej ekspozycji, ale i wystaw czasowych oraz występ zespołu muzycznego, spotkanie niespodzianka i wiele więcej, ale nie sposób być wszędzie i do końca...


Obrazy, figurki, gobeliny, meble ze zbiorów Stanisława Szenica.


Pierwszy raz widziałam tak duży zbiór przycisków do papieru, w muzeum były trzy gabloty!


O godz. 18.00 zaproszono na mini recital lokalnej grupy muzycznej PERON WĘDROWNY, która wykonuje piosenki i ballady skomponowane do wierszy Franciszka Becińskiego, znanego kujawskiego poety, czasami Jana Kasprowicza oraz innych lokalnych twórców.
Nie znałam wcześniej tego zespołu, myśleliśmy z mężem, że będzie to wariacja na ludową nutę, a tu niesamowita niespodzianka. Koncert trwał ponad godzinę, piosenki w klimacie zespołu Stare Dobre Małżeństwo, prawdziwa uczta!
Jeśli macie ochotę, posłuchajcie TUTAJ


Po recitalu, spotkanie z wnuczką poety Franciszka Becińskiego, która opowiadała o swojej relacji z dziadkiem, o trudnym dzieciństwie na wsi, czytała fragmenty jego wspomnień z dwóch wojen, dzieliła się wzruszeniem i dziękowała za hołd dla talentu dziadka.

Muzeum zaplanowało jeszcze więcej atrakcji, aż do godziny 22.00, nawet wernisaż z poczęstunkiem, ale nam już pora była do domu, tym bardziej, że zwiedzanie zaczęliśmy rankiem, od zabytkowej wieży ciśnień  w ramach Drzwi Otwartych i długiego spaceru po mieście.

To była udana, choć deszczowa sobota!
O wieży ciśnień będzie kolejnym razem:-)

piątek, 26 stycznia 2024

Styczniowa wycieczka

Niedziela zapowiadała się pogodna, a że zimno? Zimno nie jest przeszkodą, dobre ubranie i możliwość wstąpienia gdzieś na kawę, to już zachęta do zimowej aktywności.

Zaliczyliśmy trzy w jednym, czyli pobyt w plenerach, koncert kolęd i świąteczny obiad z okazji Dnia Babci i Dziadka.

Było więc jezioro w zimowej odsłonie, ale już droga i obserwacje poczynione z auta okazały się ciekawe. Ta przestrzeń, zaspy , ptasie drapieżniki na polowaniu, sarenki na popasie i wreszcie błękit nieba...



Ptaki szukały miejsc do pływania, bo większość jeziora pokryta lodem. Wędrujące po lodzie łabędzie zapadały się co jakiś czas, bo lód coraz cieńszy, a ptaki duże...  chodziły niezdarnie i niepewnie, wydawały się nawet zgarbione:-) 


Po kawie i pysznym serniku dotarliśmy do bazyliki licheńskiej, bo tam zapowiedziano koncert kolęd w wykonaniu chóru kameralnego Teatru Wielkiego z Poznania.
Najpierw przyjrzałam się witrażom i organom oraz szopce, której rozmiary są nieprzeciętne...


Koncert był niesamowity i choć chór kameralny, to głosy niosły się szeroko i wysoko , a akustyka bazylki zapewniła występowi niepowtarzalną jakość.


Chór pod kierunkiem Mariusza Otto zaprezentował kolędy z całego świata, śpiewane w różnych językach. Uczta duchowa wspaniała, nawet zimno bazyliki nie zniechęciło nas by dotrwać do końca koncertu. Przykre tylko, że tak mała była frekwencja na widowni...


Nieco zmarznięci po koncercie i powtórnym spacerze nad jezioro, wyruszyliśmy w drogę powrotną, by wstąpić na obiad do pałacyku w Lisewie. Pisałam już o nim, reklamując pyszne i niedrogie obiady tamże. Chyba nie tylko my świętowaliśmy dzień dla babć i dziadków, co widać było po gościach przy stolikach:-)


Dania może niezbyt wyszukane, ale świeże, gorące i podane z niezwykłą serdecznością i uśmiechem:-)
A koszt? 52 zł na dwie osoby , w tym herbata z cytryną i barszczyk, to chyba niewiele?


Obok pałacyku odkryłam nietypowy obiekt, drzewa bez liści dały lepszy widok na otoczenie. 
Pomyślałam, że to musiała być jakaś kaplica lub kościół, przeznaczone później na świeckie cele.

Okazało się, że stał w tym miejscu kościół, gdyż Lisewo miało swoją parafię.
Obiekt jednak marniał i gdy na początku XIX znalazł się w stanie ruiny, rozebrano go, parafię połączono z inną ze Skulska , a na miejscu rozebranego kościoła Łukasz Dzięcielski wystawił murowany spichrz z baszta frontową w formie wieży.

Ponownie sprawdziła się teza, że warto wracać w znane miejsca, bo zawsze coś nowego się tam znajdzie, nawet pora roku ma znaczenie...
Nie czekajcie do wiosny, zima ma tez wiele do zaoferowania w temacie wycieczek!

poniedziałek, 12 czerwca 2023

Dni Miasta

 Miło jest spędzać czas na powietrzu przy optymalnej pogodzie i jednocześnie zaczerpnąć rozrywek różnego rodzaju. Trwają u nas Dni Miasta i Święto Województwa, dzięki czemu przygotowano dla mieszkańców i kuracjuszy obszerną ofertę kulturalną.

Coroczny kiermasz rękodzieła i rzemiosła , w tym roku wyjątkowo bogaty! czego tam nie było: wędliny i pieczywo z małych wytwórni rodzinnych, piwa i miody pitne, wina z całej Europy, ciasta i słodycze domowej roboty, lody rzemieślnicze, greckie specjały. Oprócz kulinariów także rękodzieło wszelkiego rodzaju: haftowane obrusy, ozdoby z papieru, filcu i włóczki, koronki i biżuteria, kapelusze, akcesoria dla zwierząt domowych.

Dla smakoszy: herbaty, przyprawy, cukierki i lizaki odpustowe, lemoniady, kwas chlebowy, chleb ze smalcem i wiele innych.


Trafiliśmy także na próbę przed występem Jacka Wójcickiego, jakie zaskoczenie! 
Ten głos , rozpoznawalny wszędzie, przyciągnął nas z daleka do muszli koncertowej. 
Zachęceni próbnymi wprawkami wróciliśmy o godzinie 18.00 na koncert i to było najlepsze zakończenie długiego weekendu.

W repertuarze artysty piosenki z Piwnicy pod Baranami, z przedwojennych filmów, znane utwory Młynarskiego, Grechuty, Demarczyk. W przerwach przygrywał świetny skrzypek, przypomniał między innymi fragmenty musicalu Skrzypek na dachu.

Z obejrzeniem występu nie było problemu dzięki wielkiemu ekranowi, na którym wyświetlano wszystko, co działo się na scenie.
Jacek Wójcicki to artysta nietuzinkowy, bo nie tylko pięknie śpiewa, ale konferansjerkę prowadzi i świetnie zabawia publiczność, wciągając widzów do wspólnego śpiewania, niezwykle dowcipny i sympatyczny.

Dni Miasta to także inne imprezy w różnych częściach miejscowości, konkursy, występy wielu artystów: Grażyny Łobaszewskiej, zespołu Golców, Brathanków, Dawida Kwiatkowskiego, zespołów ludowych oraz popisy dzieci i młodzieży. Rozegrano także mecz piłki nożnej między przedstawicielami mieszkańców, a politykami , urzędnikami i radnymi.

Dla każdego coś miłego, a do tego idealna pogoda, jak na zamówienie!



poniedziałek, 13 maja 2019

Uczta dla zmysłów:-)

Na wstępie dziękuję za wszystkie miłe słowa!
Mieliście wszyscy rację - wyjazd na koncert to najlepszy pomysł ostatnich lat i najmilszy prezent, a emocje, które mi towarzyszą do teraz będą ze mną długo.
Koncert zaczynał się o 20.30, ale na stadion udaliśmy się dużo wcześniej, by znaleźć miejsca, co wcale nie było łatwe, bo na stadion waliły tłumy, nawet policja kierowała ruchem.
To był koncert dla 25.000 widzów!
Wyobrażacie sobie?
Tubylcy obeznani z imprezami stadionowymi wiedzieli, że lepiej przyjechać tramwajem, taksówką lub zostawić auto na ulicach odległych od najbliższego sąsiedztwa stadionu.
My od syna mieliśmy blisko, mały spacer.
Zabraliśmy tylko bilety, telefony i chusteczki. Zrobiliśmy dobrze, bo przy wejściach odbierano parasole, butelki z wodą itp.
Na miejscu można było kupić napoje w kubkach i ciepłe przekąski, ale to z koncertem tej rangi mi się nie komponowało.
Dotarliśmy do naszego wejścia nr 19. Kolejka najkrótsza z dotychczas mijanych, dobra nasza!
Podejrzałam, jak należy skanować bilety by wejść przez bramkę i zaczął się długi marsz po schodach.
Dla mnie to nie problem, całe życie chodzę po różnych schodach :-)
Z emocji nie zauważyłam, że weszliśmy niemal pod sam dach, widok na płytę stadionu zapierał dech, choć niektórzy mieli problem z wysokością.
Kilka osób pomyliło miejsca, przejścia wąskie, więc manewr między rzędami wymagał nieco odwagi...
Miejsca powoli zapełniały się, pod kopułą stadionu szybowały ptaki, jeszcze powietrze było ciepłe, grzały nas emocje.
Widownia w różnym wieku, zauważyłam nawet dzieci, słyszałam różne języki.
Osoby z trudnościami w chodzeniu miały nieco problemu z dotarciem na miejsca na trybunach, lepiej było na murawie, ale tam bilety dużo droższe...
Tak napisano o koncercie na portalu Głos Wielkopolski:

"25 tys. widzów oklaskiwało sobotniego wieczoru na Stadionie Miejskim w Poznaniu światowej sławy włoskiego tenora Andrea Bocelliego. Jego koncert uświetnił obchody setnej rocznicy powstanie Uniwersytetu Poznańskiego, ale zarazem był też finałowym akcentem trwającego w Poznaniu Międzynarodowego Festiwalu Universitas Cantat. Wybitny śpiewak z towarzyszącymi mu osobami przyleciał do Poznania prywatnym samolotem."

Przed występem Bocellego i jego gości poświęcono kilkanaście minut skromnej uroczystości.
Ponieważ koncert wpisywał się w obchody stulecia Uniwersytetu Poznańskiego, rozpoczęło go wykonanie pieśni „Gaudeamus Igitur” przez 120-osobową reprezentację chórzystów, biorących udział we wspomnianym festiwalu i poszerzoną orkiestrę Teatru Muzycznego w Poznaniu pod batutą Carlo Berniniego. Wersja, której dotychczas nie słyszałam, ciekawa aranżacja, śpiewy chóralne zawsze mnie zachwycają.

Na czas tego utworu wszyscy wstali, było bardzo uroczyście. Krótkie ( na szczęście) przemówienia wygłosili czterej rektorzy uczelni wyrosłych z Uniwersytetu Poznańskiego, a także prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak.

Głównemu wykonawcy towarzyszyli:
soprany Maria Aleida Rodriguez, Illaria Della Bidia, solo na flecie Andrea Griminelli, wspomniani chórzyści oraz para taneczna Maria Pawelec i Federico Zeno Bassanese.

Koncert podzielono na dwie, a właściwie trzy części. W pierwszej wysłuchaliśmy arii i pieśni ze znanych dzieł operowych, w drugiej można było zachwycać się muzycznymi tematami skomponowanym do filmów amerykańskich przez Ennio Morricone, wreszcie wzruszył nas wielki przebój Louisa Armstronga „What a Wonderful World” .
Ale prawdziwy aplauz i wzruszenie nastąpiły, gdy okazało się, że wysłuchamy duetu Andrei Boccellego z jego synem Matteo.
Jak oni śpiewali, po prostu rozkosz. Uważam, że syn , jeśli będzie wytrwały, zrobi większą karierę, niż ojciec, niesamowicie hipnotyzujący głos.

Nigdy nie myślałam, że będę płakać ze wzruszenia na koncercie i to niejeden raz!
Koncert zakończył sie około 22.30, ale owacje na stojąco i długie zachęty publiczności spowodowały, że artyści odwzajemnili się bisami, wśród których były utwory „Time To Say Goodbye” oraz „Nessun Dorma” Pucciniego.

Wiele osób ocierało łzy wzruszenia.
Znałam i słyszałam wiele razy prezentowane utwory, ale mówię Wam, usłyszeć i przeżyć tę muzykę na koncercie , a słyszeć z płyty, to dwie różne sytuacje.
Zachwycały nie tylko głosy solistów, zachwycało wszystko:
śpiew chóru, wirtuozeria flecisty, tancerze, orkiestra...

Szczerze powiem, że brak słów, by opisać wszystkie emocje tego wieczoru.
Wracaliśmy do domu syna powoli, bo powrót dotyczył jednocześnie 25 tysięcy ludzi, ale logistycznie organizatorzy zdali test na piątkę.
Spać poszliśmy bardzo późno, bo muzyka w głowie nie dawała zasnąć.
Powrót do Inowrocławia zaplanowaliśmy następnego dnia, a w drodze powrotnej wstąpiliśmy do klimatycznej karczmy na swojskie jedzonko i herbatę z cytryną, bo ziąb był straszny.
W pewnym momencie do karczmy zaczęli wchodzić uczestnicy wycieczki, same starsze osoby, niektóre miały problem z chodzeniem.
Zamawiali obiad, kawę, rozmawiali, pomagali sobie w różnych czynnościach. Nie wiem czy zwiedzali czy byli tylko przejazdem, ale fajnie, że korzystają z takich form, nie zamykają się w domu, szukają towarzystwa.

Na drodze lało jak z cebra, jechaliśmy ostrożnie, czego nie można powiedzieć o innych kierowcach, którzy nie zważali na ulewę, kałuże wody, koleiny...im droższy i większy samochód, tym bardziej brawurowa jazda.

Jeśli dobrnęliście do końca tej opowieści, to dziękuję raz jeszcze i przepraszam za nie najlepsze fotki, ale aparatu nie miałam, a moja komórka starszawa...

sobota, 11 maja 2019

Jadę...

Bilety dostaliśmy na gwiazdkę, pięknie zapakowane.
Koncert odbywa się w Poznaniu na stadionie Lecha.
Kto by pomyślał, że to już. Jak ten czas goni...
Emocje sięgają zenitu!

Pierwszy raz będę na tak dużym koncercie, do tej pory bywałam na średnich i całkiem kameralnych.
Mój mąż był kiedyś w poznańskiej Arenie na koncercie zespołu Marillion z Fishem jako solistą i wspomina do dziś.

Teraz wspólnie będziemy na koncercie Andrei Bocellego.
Koncert podzielony na dwie części, w pierwszej znane arie operowe i operetkowe, w drugiej lżejszy repertuar.
Zdjęć pewnie nie zrobimy, bo nie wolno wnosić nawet własnej wody, ale relacja będzie.
Wracam w niedzielę wieczorem.
Do poczytania:-)

(grafika - Flickr, na licencji CC BY-SA 2.0)

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Koncert organowy

Te organy mają 157 głosów i 12 tysięcy piszczałek, z których największa ma ok.10 metrów wysokości. Koncepcję brzmieniową instrumentu opracował profesor Andrzej Chorosiński. Zgodnie z jego projektem na całość składają się trzy samodzielne instrumenty, największy na chórze głównym nad wejściem do świątyni. Główny stół gry, połączony elektronicznie ze wszystkimi częściami organów, umożliwia grę na wszystkich instrumentach jednocześnie. Gdy organista ma możliwość zaprezentowania wszystkich możliwości instrumentu, wrażenia są niesamowite.
Całe organy ważą kilkadziesiąt ton, wiele z piszczałek wykonanych jest z niemal czystej cyny, bo podobnego od tego zależy brzmienie instrumentu.Poszczególne piszczałki wykonano w kilku krajach Europy, między innymi w Niemczech i Hiszpanii.
Gdy grają organy wszyscy szukają organisty , spoglądając na instrument na chórze, tymczasem on siedzi przy małym pulpicie w pobliżu ołtarza i po koncercie wychyla się taki mały zza olbrzymiej kolumny, by ukłonić się słuchaczom.
Szukając informacji na temat organów w Bazylice Licheńskiej, bo o nich mowa, znalazłam kilka nieścisłości w stosunku do tego, co mówią koncermistrzowie przed występem.
Koncerty organowe odbywają się od kwietnia do września codziennie w godz. 11.00, 14.00, 20.00

Koncert organowy

Twardość ławki
niegościnną
lekceważę by
za dźwiękiem
organów podążać.
Patrzą na mnie
kolorowe witraże,
z mroku kruchty
Pielgrzym
z czcią zerka
na ołtarz.
Rozedrgana
od dźwięków i wzruszeń
cała jestem
Symfonią lub Pieśnią.
Moc akordów
rozrywa mi duszę
lewituję pod kopułą,
nieśpiesznie.
Gdy doznania
falą dreszczy
spadają,
a koncertu finał
przedwczesny,
błądzę
wzrokiem po sali
pustawej –
dokąd wszyscy
Nagle odeszli?


piątek, 24 marca 2017

Minione? niekoniecznie ....

Minione nie musi być zapomniane, przestarzałe, brzmiące niemodnie...dowodzą tego utwory wybrane do recitalu, piosenki niemal stuletnie, a jakże aktualne.
Na zdjęciu z lewej widzicie przepięknie skromne lecz na srebrzystym papierze zaproszenie do wysłuchania utworów, każdy z nas zastał takowe na swoim fotelu.
Pozwólcie, że posłużę sie słowami artystki, która opowiada co i dlaczego śpiewa:
"Ta muzyka ma w sobie wielkie zmysłowe piękno i tajemnicę, unikatową melodyjność. Polskie, żydowskie, czasem rosyjskie tematy z nutą melancholii...śpiewająca Ordonka, Fogg, siostry Triola - nigdy nie wiesz, co może być inspiracją i pobudzić do odkrywania nowych kierunków w muzyce..."
Miłym zaskoczeniem był też budynek Centrum Kulturalno-Kongresowego Jordanki, nowo wybudowany, ciekawie zaprojektowany, o którym nie wiedziałam, że istnieje, bo w tej części Torunia nieczęsto bywam. Organizują tam własne koncerty lub wynajmują sale, a jaka akustyka! Wydawało się, że słychać szelest fałd czerwonej sukienki wokalistki.

Na takim recitalu powinno się bywać przynajmniej raz w roku. Obcowanie z muzyką na żywo to jednak niezapomniane przeżycie. Nie znałam zbyt dobrze Anny Marii Jopek, no może z kilku piosenek usłyszanych w mediach.
Tym razem towarzyszyli jej kubańscy artyści: Gonzalo Rubalcaba, Jose Armando Gola oraz Ernesto Simpson. Nawet nie przypuszczałam, że przyjdzie mi podziwiać na żywo tak utytułowanego pianistę, bo Rubalcaba otrzymał 15 nominacji do nagrody Grammy, nie mówiąc o innych wyróżnieniach, głównie za albumy jazzowe. Boże, jak on gra….
Recital zatytułowany MINIONE – minione uczucia, mijające melodie, klimat minionego świata, nieprzemijające elementy naszego życia: miłość, zdrada, nienawiść, kłamstwa, pożądanie, upokorzenie…
Wspaniałe, niespotykane aranżacje znanych utworów, między innymi OSTATNIEJ NIEDZIELI. Pamiętam wykonanie Piotra Fronczewskiego, że aż ciarki biegały po plecach. Tu inna, kobieca wersja , równie przejmująca, ale nie płaczliwa…
W połowie spektaklu artystka robi sobie przerwę, ale w tym antrakcie nie pozostajemy z pustką i ciszą, widzowie rozkoszują się solowymi popisami pianisty, gitarzysty i perkusisty.
Za jazzem nie przepadam, ale w takiej wersji przyjemnie było posłuchać różnych kawałków i popisów solowych.
Co mnie najbardziej urzekło? Klimat recitalu, ascetyczna scenografia, skromność i stopień skupienia wykonawców, dobór utworów. 90 minut minęło niepostrzeżenie, gromkimi brawami na stojąco wyprosiliśmy dwa bisy, żal było wychodzić w deszczową noc…


Spektakl wart obejrzenia nie tylko na scenie teatru, równie dobrze wybrzmiałyby te utwory w specyficznym klimacie przedwojennej restauracji, gdzie przy lampce wina zobaczyłbyś panie i panów z wyższych sfer lub przedstawicieli artystycznej bohemy.


Jak czytamy jeszcze w zaproszeniu na recital: utwory, które nam przedstawiono są wyrazem miłości i szacunku do tego, co minione oraz okazją do poszukiwań, by przy pomocy wyobraźni tworzyć teraźniejszość, przemierzać pokłady pamięci, składając hołd przeszłości...

środa, 19 października 2016

Dwie uczty...

Nie będzie o jedzeniu, bo o ucztach duchowych chcę napisać. Zamówiliśmy w Internecie dwie płyty Blu-Ray z koncertami jakże różnych wykonawców.
Pierwsza płyta to koncert Andre Rieu z orkiestrą, zarejestrowany w Maastricht. Co urzekającego jest w tym nagraniu? Genialny dyrygent, świetna orkiestra, soliści z całego świata, międzynarodowa publiczność i różnorodny repertuar. Słuchacze rozmieszczeni jak typowa publiczność, siedzący w kawiarnianych ogródkach, wreszcie mieszkańcy okolicznych kamienic, bo koncert na świeżym powietrzu ma miejsce.

Utwory w szerokim przekroju, od arii operowych i operetkowych, przez fragmenty z musicali po popularne piosenki. Nie zabrakło także akcentów humorystycznych. Serce rosło patrząc na tych wszystkich ludzi zgromadzonych na placu i śpiewających prezentowane przez orkiestrę i solistów utwory. Dyrygent pełni także rolę konferansjera i łatwą angielszczyzną zapowiada kolejne kawałki.
Ze sceny pada zdanie, które zapada mi głęboko w serce : WSPÓLNE ŚPIEWANIE CZYNI CZŁOWIEKA SZCZĘŚLIWYM.
Koncert kończy się pokazem sztucznych ogni, a uczta muzyczna trwa ponad dwie godziny.

Kolejna płyta to koncert Michaela Buble.Jakże odmienna w klimacie od poprzedniej, kameralne spotkanie popularnego piosenkarza z publicznością, głównie żeńską w intymnej atmosferze małej sceny. Pięknie zaśpiewane znane i mniej rozpoznawalne utwory. Świetny kontakt piosenkarza z widzami, zwłaszcza z fankami w różnym wieku. Kolejne dwie godziny pięknej muzyki - do wykorzystania na spotkanie sylwestrowe w gronie przyjaciół.

To była uczta domowa i odseparowanie się od kiepskich filmów w telewizji lub politycznych jałowych dyskusji.
Druga uczta to skorzystanie z zaproszenia jednej z filii Biblioteki Miejskiej w moim mieście na spotkanie z młodymi filharmonikami. Spotkanie wprawdzie przygotowane było z myślą o bardzo młodym uczestniku, ale skorzystałam i ja. Konferansjer opowiadał ciekawie o instrumentach, orkiestrze symfonicznej, koncertach, na jakie zaprasza Filharmonia Pomorska w Bydgoszczy.
Był teŻ balsam dla duszy czyli muzyka na żywo, od utworu Haendla na początku, poprzez Ave Maria po hejnał mariacki i O sole mio pod koniec spotkania. Brzmienie instrumentów i głos młodego tenora przeniosły mnie w wyobraźni na salę koncertową. A jakie to były decybele!!!
Nie przypuszczałam, że taki mini koncert młodych filharmoników w czytelni biblioteki miejskiej sprawi mi tyle przyjemności.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Bluesowa sobota


Sobotnie popołudnie spędziłam w parku, gdzie udało się połączyć dwa w jednym czyli relaks na świeżym powietrzu z ucztą duchową, albowiem odbywały się w muszli koncertowej występy zespołów bluesowych w ramach Ino Blues Festiwal. Gościli w tej trzeciej już edycji : KŁUSEM Z BLUSEM, DEMOBIL BLUES, SZULERZY i NOCNA ZMIANA BLUESA. Najbardziej chyba rozbujali publiczność wykonawcy z Nocnej Zmiany Bluesa i nastrój jak dla mnie też stworzyli prawdziwie bluesowy. Solistka z Szulerów to nie mój klimat, w kawałkach bluesowych najbardziej pasuje mi facet, jeszcze z odpowiednim głosem i ustną harmonijką. Pokiwałam się do rytmu, ponuciłam, ale trzeba było wracać do domu, bo sierpniowe wieczory chłodne.


Ilość słuchaczy zmieniała się, gdyż kuracjusze wychodzili na kolację, a młodzież napływała gdy zaczynało zmierzchać. Niezmienne jednak było to, że wszyscy świetnie się bawili, nogami przytupywali, klaskali do rytmu, co śmielsi tańczyli pod sceną. W przerwach między kolejnymi zespołami zorganizowano krótkie konkursy z wiedzy o bluesie i chętne osoby mogły wygrać koszulkę, płytę lub inne gadżety.
"Jestem chory na bluesa i wyzdrowieć nie chcę już...."

poniedziałek, 27 lipca 2015

Chleb i igrzyska pod burzowym niebem...

Pogodę mamy kapryśną niezwykle, nie pamiętam lata tak obfitującego w burze, wichury i trąby. Sobota nie była u nas wyjątkiem. O świcie obudziły nas odgłosy grzmotów zbliżające się coraz bardziej. Była to pierwsza burza tego dnia i nie taka groźna. Po burzy rosła scena na łąkach, które widać z okna mojej kuchni, bowiem po południu miał odbyć koncert Lata z Radiem, zapowiadany medialnie i szumnie.
Wolę imprezy bardziej kameralne, bo takich masowych już kilka było, głównie na piciu piwa polegały i wiele się naoglądaliśmy przy tych okazjach.
Gdy działania logistyczne szły pełną parą, nawet balony nadmuchano, przyszła druga burza, już bardziej groźna i w deszcz obfitująca, a widok z okna był taki:
Po burzy praca ruszyła, przywieźli toalety, przyjechali ochroniarze i straż miejska, widzów jak na lekarstwo, bo pogoda niepewna. Impreza zaczęła się z opóźnieniem, bo nadciągnęła trzecia burza, po której rozbrzmiewać zaczęły syreny wozów strażackich wzywanych do pozalewanych garaży i sklepów. Koncert wreszcie się zaczął, a w programie: Papa D., Rafał Brzozowski i Perfekt. Nie brakło też rozrywek dla gawiedzi, czyli piwo w każdej ilości, byle zakupione na miejscu i kilkakrotnie droższe, wata na patyku, grill i stoiska sponsorów. Nawet ZUS rozdawał ulotki, zachęcając do skorzystania z usług online. Były zabawy dla dzieci, rzucanie piłki z autografem ze sceny oraz inne bajery, które z audycją radiową nijak się kojarzą, ale czymś trzeba tych kilka godzin zapełnić do występu gwiazdy nr 1 czyli Perfektu.
Koncert jak koncert, wstąpiliśmy, skoro tak nam blisko było, ale nie lubię stać w ciżbie, kiedy mi po palcach depczą i piwem w plastikach przed nosem wymachują. Przerwy miedzy występami zbyt długie jak na moja cierpliwość. W czasie ostatniego występu, który przyspieszono z powodu niepewnej pogody, znów zaczęło padać i część widzów schroniła się w pobliskim kinie. Perfekt był jednak nieustraszony i dał czadu. Występy zakończyły się tuż przed 23.00 pokazem fajerwerków.
Okoliczne sklepy, wyczuwając koniunkturę przedłużyły pracę do 23.00 i zarobiły nieźle, co widać było po leżących wokół puszkach i butelkach. Kierowcy, którzy zaparkowali w bliskości placu koncertowego mieli potem kłopoty z wycofaniem swoich aut, a my jeszcze długo nie mogliśmy udać się na spoczynek, bo niektórzy niedopici i niedoimprezowani kontynuowali imprezowanie między blokami na osiedlu.
Ale nie będę narzekać, w końcu trzeba dać społeczeństwu od czasu do czasu trochę rozrywki...
A ulice tego dnia wyglądały w naszym mieście tak: