Pojedyncze zdjęcie może wywołać lawinę wspomnień.
Na tym obok, jestem z babcią Stefanią, dla której byłam pierwszą ukochaną wnuczką.
Wiele jej zawdzięczam w różnych wymiarach, ale najważniejsze, że przekazała mi swoją mądrość życiową i wartości, które cenię i staram się stosować cały czas.
A sama życie miała niełatwe. Była zdolną uczennicą, marzyła by zostać nauczycielką, w czym wspierała ją wychowawczyni.
Niestety, czasy były ciężkie, rodzina liczna, więc matka wybiła młodziutkiej Stefie z głowy marzenia o dalszej nauce. Posłano ją do fabryki cukierków, skąd przynosiła do domu jeszcze deputat w postaci wyrobów gotowych.
Gdy poznała mojego dziadka i wyszła za mąż, urodziła troje dzieci, w tym mojego tatę. Cała trójka przychodziła na świat długo, każde dziecko ważyło po 6 kilogramów, a babcia ledwo przeżyła porody.
W czasie wojny dziadkowie mieszkali blisko obozu koncentracyjnego i niejedną noc ukrywali się w piwnicy przed pijanymi oprawcami, a po wojnie przed wyzwolicielami, którzy kradli i gwałcili.
Siostry ojca nigdy nie poznałam, bo zmarła w czasie wojny na zapalenie płuc, a mój tato, jako dziecko, po kilku dniach zimą w piwnicy omal nie stracił wzroku, gdy wybiegł w pełnym słońcu na śnieg. Nic nie widział kilka dni.
Zmartwienie goniło zmartwienie i jeszcze wojna i głód...
W ciężkich powojennych czasach dziadek pracował na kolei, babcia prowadziła dom, ale ponieważ dziadek chorował, dorabiała szyciem ubrań dla okolicznych elegantek. Wiele nocy poświęciła na ten dodatkowy zarobek, ale nigdy nie narzekała, choć sama zachorowała na cukrzycę i łuszczycę. Szyła do rana, zasypiała przy maszynie, a rankiem przygotowywała dla dzieci śniadanie.
Była dla mnie przykładem wspaniałego, dzielnego człowieka, który mimo trudów życia pomaga jeszcze innym. Jeśli ktoś był w potrzebie, to wiedział, że do pani Stefci można jak w dym.
Nieraz ochroniła swoją siostrę i jej dzieci przed mężem alkoholikiem, dzieliła się obiadem, pożyczyła pieniądze na mleko.
Była religijna, ale nie zapatrzona ślepo w kościół i duchownych, miała jednakowy szacunek dla wierzących katolików, jak i Świadków Jehowy. Jako negatywny przykład zawsze podawała sąsiadkę, która codziennie biegała do kościoła i przyjmowała komunię, ale potrafiła skłócić wszystkich ze wszystkimi, a sąsiedzi omijali ją wielkim łukiem.
Uważałam za wielką niesprawiedliwość losu to, że jeszcze pod koniec życia musiała borykać się z chorobą nowotworową.
Ciągle jednak mi jej brak, choć minęło 27 lat od jej śmierci i zawsze gdy spotyka mnie jakaś niedogodność losu, mówię sobie, że wstyd narzekać, bo babcia zniosła o wiele więcej i się nie skarżyła…
Na pewno każdy z nas ma taki przykład dzielności i dobroci w rodzinie...