W drodze powrotnej z wypadu wakacyjnego postanowiliśmy odświeżyć pamięć, odwiedzając dwa urocze zamki MIRÓW - BOBOLICE.
Oddalone od siebie o 2 km, więc za jednym zamachem dwa zabytki małym nakładem sił i drogi.
Zapamiętaliśmy pobyt tam w ubiegłym roku bardzo miło, z Mirowa krótki spacer szlakiem wśród skał do Bobolic, by zwiedzić zamek w stanie odbudowy, spory nakład sił i środków, obok restauracja i hotel.
W tym roku, po wypiciu drogocennej kawy przy parkingu ruszyliśmy na zwiedzanie.
I już przy wejściu na teren ruin w Mirowie niespodzianka - wstęp płatny, a oglądamy tylko ruiny z zewnątrz.
Nic to, zapłacimy, bo warto, ale okazuje się, że w Bobolicach też płatny wstęp, w dodatku osobno na błonia, osobno na zamek, nie mówiąc o opłacie za parking!
Załapaliśmy się na bilet łączony, więc nieco taniej, z naciskiem na NIECO!
Jak mawiał mój teść - kto nie ma miedzi, ten w domu siedzi...
Idziemy zwiedzać, kierujemy się ścieżką spacerową do drugiego zamku... aż tu nagle - Zonk, dochodzimy do ogrodzenia z siatki, które ciągnie się kilometrami.
Ki czort?
W miejscu, gdzie był ciąg dalszy szlaku spacerowego plakat - teren błoni wokół obu zamków jest w rękach prywatnych i właściciele ogrodzili swoje ziemie, więc do drugiego zamku można dojść tylko od strony szosy. Za utrudnienia przepraszają.
Nie wierzę! mamy iść z powrotem?
Mąż zaproponował, żeby iść wzdłuż ogrodzenia, przecież nie mogli ogrodzić wszystkiego!
Optymista!
Szliśmy nie wiem jak daleko, wyszliśmy obok zwiedzanych już ruin.
A więc znowu 2 km piechotą...
Dla nas to niby niewiele,choć gorąco, ale idziemy. Spacer szosą, to jednak nie to samo co spacer szlakiem turystycznym.
Przy kasach okazujemy bilet zakupiony wcześniej, ktoś w kolejce dziwi się, że parking w Bobolicach płatny, bo mógł zostawić auto w Mirowie, tam było bez opłaty.
Na zamek już nie wchodzimy, bo to kolejne 30 zł do wydania, a już tu byliśmy.
Obfociliśmy błonia i wracamy na parking.
Ukrop lał się z nieba, zachciało mi się lodów, ale w budkach lodowych drogo, widzę sklepik, idę.
Wybrałam różek czekoladowy, inny klient pyta sprzedawczynię o zamki. Podpowiadam, że przejście między zamkami zamknięto.
Pytający decyduje, że zwiedzi tylko Bobolice.
Pani w sklepie podejmuje rozmowę:
- przez ten galimatias wielu turystów mówi, że już nie wrócą, zarobek stracę
- pewnie właściciele ziemi nie mogli się dogadać?
- ale tam, to jeden właściciel jest, w tym roku tak wszystko ogrodził i kasę trzepie, po 7 zł za błonia, 15 zł za zamek, do tego parking, jak liczna rodzina, to pani policzy!
- już liczę - my z mężem, to 14zł za Mirów, kawa po 10zł, plus 14zł za Bobolice błonia, plus 30 zł za zamek - wychodzi 58 zł za obejrzenie ruin, ze zniżką w pakiecie 50zł i na przykład lody po 7 zł, a u pani po 2,20 (kawy pić nie muszę w końcu)
- jak można być tak pazernym, żeby ludziom szlak zamykać?
- żeby choć furtkę otworzyli...opłata i tak w jednej kasie, ale cóż, szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie...
- jak tak dalej pójdzie, to nam góry i jeziora ogrodzą, że o lesie nie wspomnę!
Długo w drodze powrotnej dyskutowaliśmy o zastanej sytuacji.
Nie wiem, co Wy na to, ale mną wstrząsnęło.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamki. Pokaż wszystkie posty
piątek, 24 lipca 2020
piątek, 26 lipca 2019
W tym zamku straszy...
I znów wakacyjna odskocznia od spraw trudnych i bolesnych.
Lubimy zwiedzać zamki, dwory, skanseny. To takie łączenie przyjemności z nauką.
Będąc w drodze wyszukujemy obiekty nowe, odwiedzamy znane, wypuszczamy się do Czech i na Słowację, bo Słowacy potrafią ciekawie zaprezentować swoje zabytki...
Wybraliśmy tym razem dwa zamki na Słowacji, Hrad Likava, który zwiedzaliśmy pierwszy raz i Oravsky Podzamok, do którego wróciliśmy po kilku latach.
W każdym porządnym zamku powinno straszyć, jeśli nie Biała lub Czarna dama to przynajmniej rycerz lub zbłąkana dusza.
W drodze do domu zboczyliśmy z głównego szlaku, by zwiedzić Mirów i Bobolice, ale to na inny post, wakacje długie są.
Hrad Likava jest o tyle ciekawy , że wprawdzie to ruiny, ale nie można podjechać autem pod sam obiekt, jest on ukryty wśród zieleni w środku turystycznego szlaku. Zostawia się samochód w wiosce na parkingu(darmowym!) i szlakiem idziemy pod górę, na której widzimy cel wędrówki.
Szlak łatwy i krótki, każdy da radę. Ruiny, mimo kiepskiego stanu robią wrażenie, tym bardziej, że budowla z XIV wieku.
U stóp zamku wita nas brama i pani bileterka, bardzo sympatyczna, od której dostaliśmy też informator w języku polskim.
O historii nie będą się rozpisywać, od czego wujek google, zapamiętałam, że w zamku straszy duch córki właściciela. Podobno, kto widzi postać kobiecą przechadzającą się po polach wokół zamku, ten będzie miał obfite plony. Bo wokół ruin same pola...
Zamek pobudowany na litej skale, co budzi podziw dla ówczesnych budowniczych, a widoki ze wzgórza wyśmienite!
Na górnym zdjęciu chciałam pokazać kładkę zbudowaną specjalnie dla turystów. W pobliżu zamku budowana jest droga i szlak turystyczny przebiega miejscami w poprzek budowy. Wszędzie sypią się kamienie i jeździ ciężki sprzęt.
Mimo tych niedogodności zadbano o turystów, gdyż zbudowano dwie kładki, jedną drewnianą, drugą betonową, by zwiedzający mogli bezpiecznie dotrzeć do celu.
Turystów sporo i jak zwykle słychać nasz język, bo blisko granicy.
Ilekroć zwiedzamy takie zamki na Słowacji, widać dbałość o wrażenia turystów, bo choć ruiny sporo zaawansowane, to odbudowano i udostępniono wieżę z niewielką ekspozycją, a całość dobrze oznakowana i opisana.
O zamku orawskim już kiedyś pisałam, to prawdziwa perełka dla wielbicieli takich atrakcji. Zamek zwiedzić można na 3 sposoby, my wybraliśmy trasę średnią - do pokonania prawie 130 schodów i 2 godziny wędrowania z przewodnikiem, ale bez pospiechu i z dodatkowymi atrakcjami.
Nie dość, że ciągle strome schody, tarasy widokowe i tunele skalne, to jeszcze wszędzie pajęczyny, pająki, klimat horroru dla lubiących się bać. Od naszej ostatniej wizyty przybyło rekwizytów do straszenia turystów i chyba są też jakieś nocne imprezy, bo wokół pełno świec i pochodni...
Tu to dopiero straszy!
W tunelu specjalna ekspozycja - pozostałość scenografii i kostiumów po kręceniu na zamku filmu o Nosferatu, a oprócz tego natykasz się co kawałek na atrapę odciętej ręki lub nogi, na trumnę do połowy otwartą lub wisielca pod sufitem...
Ale są także miłe akcenty, jak choćby koncert skrzypcowy w wykonaniu pięknych uczennic miejscowej szkoły muzycznej lub dziewczyny w strojach z epoki, przechadzające się po komnatach.
Zamek ma kilka poziomów i dziedzińców w różnych stylach architektonicznych, tajemne przejścia, a zwiedzających wita służba zamkowa.
Wchodzi się w małych grupach na oznaczone godziny. Parking pod zamkiem płatny, ale za to darmowe toalety, na zamku także.
Dwie ciekawostki - w skalnym tunelu pod zamkiem wystawa powozów, tu widoczny karawan. Na zdjęciu poniżej piękne krzesła w zamkowej bibliotece, każde krzesło z herbem kolejnego właściciela obiektu.
Spotkać Biała Damę bez dłoni w środku dnia to dopiero wrażenie!
Na szczęście w innej komnacie piękna dziewczyna pozowała do wspólnej fotografii z uśmiechem, bo już myślałam, że to kolejny duch...
Takich wampirów, uciętych rak i pająków trochę bały się dzieci, za to na mnie zawsze robią wrażenie sale tortur i wymyślne narzędzia, które ludzie wymyślali przez wieki, by innym zadać ból i cierpienie, chyba mam zbyt dużą wyobraźnię....
Jeszcze refleksja po zwiedzaniu - małe dzieci są wszędzie takie same, ruchliwe i ciekawe świata, nie wszyscy jednak rodzice uczą swoje pociechy, że muzeum zamkowe to nie plac zabaw.
Na komentarze odpowiem dopiero w niedzielę, bo wybywam do przyjaciół pod Poznaniem, by poleżeć na hamaku pod gruszą...
Lubimy zwiedzać zamki, dwory, skanseny. To takie łączenie przyjemności z nauką.
Będąc w drodze wyszukujemy obiekty nowe, odwiedzamy znane, wypuszczamy się do Czech i na Słowację, bo Słowacy potrafią ciekawie zaprezentować swoje zabytki...
Wybraliśmy tym razem dwa zamki na Słowacji, Hrad Likava, który zwiedzaliśmy pierwszy raz i Oravsky Podzamok, do którego wróciliśmy po kilku latach.
W każdym porządnym zamku powinno straszyć, jeśli nie Biała lub Czarna dama to przynajmniej rycerz lub zbłąkana dusza.
W drodze do domu zboczyliśmy z głównego szlaku, by zwiedzić Mirów i Bobolice, ale to na inny post, wakacje długie są.
Hrad Likava jest o tyle ciekawy , że wprawdzie to ruiny, ale nie można podjechać autem pod sam obiekt, jest on ukryty wśród zieleni w środku turystycznego szlaku. Zostawia się samochód w wiosce na parkingu(darmowym!) i szlakiem idziemy pod górę, na której widzimy cel wędrówki.
Szlak łatwy i krótki, każdy da radę. Ruiny, mimo kiepskiego stanu robią wrażenie, tym bardziej, że budowla z XIV wieku.
U stóp zamku wita nas brama i pani bileterka, bardzo sympatyczna, od której dostaliśmy też informator w języku polskim.
O historii nie będą się rozpisywać, od czego wujek google, zapamiętałam, że w zamku straszy duch córki właściciela. Podobno, kto widzi postać kobiecą przechadzającą się po polach wokół zamku, ten będzie miał obfite plony. Bo wokół ruin same pola...
Zamek pobudowany na litej skale, co budzi podziw dla ówczesnych budowniczych, a widoki ze wzgórza wyśmienite!
Na górnym zdjęciu chciałam pokazać kładkę zbudowaną specjalnie dla turystów. W pobliżu zamku budowana jest droga i szlak turystyczny przebiega miejscami w poprzek budowy. Wszędzie sypią się kamienie i jeździ ciężki sprzęt.
Mimo tych niedogodności zadbano o turystów, gdyż zbudowano dwie kładki, jedną drewnianą, drugą betonową, by zwiedzający mogli bezpiecznie dotrzeć do celu.
Turystów sporo i jak zwykle słychać nasz język, bo blisko granicy.
Ilekroć zwiedzamy takie zamki na Słowacji, widać dbałość o wrażenia turystów, bo choć ruiny sporo zaawansowane, to odbudowano i udostępniono wieżę z niewielką ekspozycją, a całość dobrze oznakowana i opisana.
O zamku orawskim już kiedyś pisałam, to prawdziwa perełka dla wielbicieli takich atrakcji. Zamek zwiedzić można na 3 sposoby, my wybraliśmy trasę średnią - do pokonania prawie 130 schodów i 2 godziny wędrowania z przewodnikiem, ale bez pospiechu i z dodatkowymi atrakcjami.
Nie dość, że ciągle strome schody, tarasy widokowe i tunele skalne, to jeszcze wszędzie pajęczyny, pająki, klimat horroru dla lubiących się bać. Od naszej ostatniej wizyty przybyło rekwizytów do straszenia turystów i chyba są też jakieś nocne imprezy, bo wokół pełno świec i pochodni...
Tu to dopiero straszy!
W tunelu specjalna ekspozycja - pozostałość scenografii i kostiumów po kręceniu na zamku filmu o Nosferatu, a oprócz tego natykasz się co kawałek na atrapę odciętej ręki lub nogi, na trumnę do połowy otwartą lub wisielca pod sufitem...
Ale są także miłe akcenty, jak choćby koncert skrzypcowy w wykonaniu pięknych uczennic miejscowej szkoły muzycznej lub dziewczyny w strojach z epoki, przechadzające się po komnatach.
Zamek ma kilka poziomów i dziedzińców w różnych stylach architektonicznych, tajemne przejścia, a zwiedzających wita służba zamkowa.
Wchodzi się w małych grupach na oznaczone godziny. Parking pod zamkiem płatny, ale za to darmowe toalety, na zamku także.
Dwie ciekawostki - w skalnym tunelu pod zamkiem wystawa powozów, tu widoczny karawan. Na zdjęciu poniżej piękne krzesła w zamkowej bibliotece, każde krzesło z herbem kolejnego właściciela obiektu.
Spotkać Biała Damę bez dłoni w środku dnia to dopiero wrażenie!
Na szczęście w innej komnacie piękna dziewczyna pozowała do wspólnej fotografii z uśmiechem, bo już myślałam, że to kolejny duch...
Takich wampirów, uciętych rak i pająków trochę bały się dzieci, za to na mnie zawsze robią wrażenie sale tortur i wymyślne narzędzia, które ludzie wymyślali przez wieki, by innym zadać ból i cierpienie, chyba mam zbyt dużą wyobraźnię....
Jeszcze refleksja po zwiedzaniu - małe dzieci są wszędzie takie same, ruchliwe i ciekawe świata, nie wszyscy jednak rodzice uczą swoje pociechy, że muzeum zamkowe to nie plac zabaw.
Na komentarze odpowiem dopiero w niedzielę, bo wybywam do przyjaciół pod Poznaniem, by poleżeć na hamaku pod gruszą...
Subskrybuj:
Posty (Atom)








