Mój ojciec mawiał, że aby leczyć się w Polsce, trzeba mieć końskie zdrowie i anielską cierpliwość.
Inna opcja to znajomości i gruby portfel.
Druga opcja u mnie odpada, wiec wybrałam się do przychodni. Tydzień temu, wieczorną porą bardzo rozbolało mnie gardło, w nocy to już koszmar zupełny, rano klucha jak przy śwince.
Zarejestrowałam się do lekarza, bo i samopoczucie niewyraźne, do tego ból głowy.
W rejestracji poprawa, nie czekałam przy telefonie godzinami. O wyznaczonej porze poszłam do przychodni, obsuwa w czasie ok.1,5 godziny, ale nic to.
W gabinecie pani doktor zapytała o nazwisko i cisza, siedzę 5 m od biurka, ona pisze na klawiaturze komputera zawzięcie. Gdy próbowałam coś wydukać, przerwała mi, bo ONA pisze, czekałam więc cierpliwie. Po pewnym czasie:
- w recepcji napisano, że ból gardła i głowy
- tak i ogólne rozbicie
Nie powiem, do gardła zajrzała, plecy osłuchała. zapisała płyn do płukania gardła. Poprosiłam o zwolnienie, bo pracuję.
- Nie wydaje się zwolnień na jeden dzień, trzeba było wziąć urlop na żądanie!
- Ale ja w szkole pracuję, u nas nie ma urlopów na żądanie...
Znowu cisza, pani pisze, pisze, pisze...
Podeszła na odległość ręki, wręczyła kartkę z nazwą leku, bo bez recepty i rzuciła tylko - zwolnienie poszło online. Był piątek, myślę - przez weekend podleczę się, a jak znam swój organizm zapowiadało się na zapalenie gardła, ale przecież nie wolno niczego sugerować lekarzowi.
W poniedziałek poszłam w masce do pracy, bo wcale lepiej nie było, więc maseczka , by koleżanek nie zarazić. W połowie dnia już nie mówiłam, pot na plecach, kaszel, ból głowy.
We wtorek więc znów do przychodni, wariatkowo!
Przed wejściem do gabinetu lekarza mierzą ciśnienie, ale gdy pielęgniarka usłyszała mój kaszel, to zaprowadzono mnie na test covidowy. Wynik negatywny! Dobre i to!
Żeby się nie rozpisywać - pani doktor zajrzała w kartę - miała pani zwolnienie do wczoraj...
- nie, tylko na piątek, wczoraj byłam w pracy
- a dziś dlaczego panie nie poszła?
- bo czuję się gorzej
Pani doktor powtórzyła procedurę badania, poszła umyć ręce, gdy próbowałam opisać inne objawy choroby, to albo leciała woda i zagłuszała, albo znów pisanie, więc skupienie.
Po wypisaniu zwolnienia i recept ( o dziwo antybiotyk, skierowanie na badanie krwi i moczu i skierowanie na RTG płuc) zapytałam nieśmiało czy mogę poprosić o jeszcze jedną receptę, na zawroty głowy, które czasami miewam., ale nie pamiętam nazwy leku, bo sporo czasu był spokój.
Pani doktor na to, że w komputerze żadnej informacji nie ma, a poprzedni lekarz , który jest na emeryturze miał nieczytelne pismo., więc z kartoteki ona nic nie wyczyta.
Muszę więc odszukać wyniki badań sprzed lat i zgłosić się znowu.
Zamiast więc wyleżeć chorobę, idę na badanie krwi, drugi raz na RTG, bo wszystko w innym miejscu, w innych godzinach. W domu szukam wyników badań - są, nawet zdjęcia na płytach.
Po raz trzeci muszę wytrwać przy telefonie, by zapisać się na wizytę kontrolną.
Zapisano na wizytę kontrolną, czekam w poczekalni, znów opóźnienie i nagle pani doktor wychodzi z gabinetu z informacją, że jedzie na wizytę domową.
Pytam czy mam czekać czy przyjść w poniedziałek?
- może pani czekać lub wrócić za godzinę, pilna wizyta domowa...
Idę więc na spacer, nie uśmiecha mi się czekać w masce w poczekalni.
Pani wraca po godzinie, bardzo przeprasza, jest miła, zainteresowana, analizuje zebrane wyniki badań, wystawia dalsze zwolnienie, poleca nowy niedrogi lek, przy okazji wzmacniający odporność, zaleca prześwietlenie kręgów szyjnych.
Normalnie doktor Jekyll i pani Hyde...
Każdy ma lepsze i gorsze dni, ale dlaczego ma to się odbijać na pacjentach?


