To my, dorośli urządzamy dzieciom świat.
Od nas, rodziców głównie zależy, jaki będą miały start, częściowo także, jak potoczy się ich życie.
Obserwując funkcjonowanie niektórych par, rodzin śmiem twierdzić, że niektórzy nie powinni mieć dzieci.
Świadoma prokreacja zmienia nasze życie, zmienia i już, więc jeżeli ktoś nie jest w stanie przyjąć tego do wiadomości nie powinien decydować się na potomstwo.
Inna sprawa, że niektórzy płodzą kolejne dzieci, choć nie powinni.
Swoisty paradoks - ludzie, którzy chcieliby i mają tzw. warunki często dzieci mieć nie mogą.
Zapytacie, skąd takie pesymistyczne rozważania? To nie wpływ chandry jesiennej, to wynik obserwacji z mojego podwórka, zawodowego i sąsiedzkiego. Szlag mnie trafia, gdy z jednej strony słyszę w programach przedwyborczych o ochronie życia od poczęcia do naturalnej śmierci, a z drugiej widzę, jaki los fundują dzieciom dorośli ludzie.
Nie mówię tu nawet o rozwodach, bo różnie w życiu bywa, nie jesteśmy w stanie przewidzieć czy małżeństwo przetrwa mimo przysięgi, ale można rozstawać się tak, by dzieci ucierpiały jak najmniej i nie były kartą przetargową w świecie dorosłych.
Obserwuję sytuacje, gdzie dzieci pojawiły się w rodzinach jakby przypadkiem i teraz rodzice kombinują, jak tu mieć ciasteczko i zjeść ciasteczko, byle dzieci nie przeszkadzały w realizacji celów życiowych lub zaspokajaniu ambicji.
Mam dwie sąsiadki, które opiekują się wnukami cały tydzień, nawet w weekendy. Jedna z nich, zapytana czy rodzice dzieci wyjechali służbowo, odpowiedziała, że nie, po prostu synowa jest zmęczona i musi w weekend odpocząć, a cały tydzień dzieci są u babci, tylko na noc rodzice zabierają je do domu. A syn? syna sąsiadki spotkaliśmy na treningu biegowym w parku, ot przypadek...
Inna sąsiadka wzięła w rodzinę zastępczą troje wnuków, bo córka szuka partnera, zresztą dzieci też nie pochodzą od jednego ojca.
Wnuki u babci odżyły, wreszcie są czyste i najedzone, tylko babcia jakby coraz bardziej zmęczona...
Gdy przyjrzeć się rodzinom uczniów, to wachlarz problemów jest taki, jak stąd do Alaski. Rodzice, którzy nie mogą się dogadać w kwestii wychowania, podziału obowiązków, kuratorzy, asystenci rodziny, groźby uprowadzenia, podejrzenia o pedofilię, podejrzane kontakty ze światem przestępczym.
Wkrótce szkoły, zwłaszcza w niektórych rejonizacjach staną się nie placówkami dydaktyczno-wychowawczymi, ale kolejnymi instytucjami pomocy rodzinom. Dzieci często przebywają w szkole do zamknięcia świetlicy, po czym idą do miejskiej świetlicy socjoterapeutycznej, gdzie przebywają do 19.00 lub nawet dłużej, trzeba żywić nadzieję, że w domu dostaną choćby kolację...
Program 500 plus spowodował pojawienie sie kolejnych dzieci w rodzinach, to widać gołym okiem, ale czy o takie rodziny chodziło?
Gdy pojawia się na świecie piąte, szóste dziecko, a matka nie radzi sobie z całokształtem, wtedy rodzi to kolejne koszty dla państwa, a rodzice nie widzą problemu, przecież obiecano im pomoc wszelaką, pomagajmy więc, my wszyscy, nawet ci, którzy dzieci nie mają...
Osobny problem to modele wychowania. Gdy byłam u fryzjera podsłuchałam rozmowę:
- ja już nie mogę patrzeć na te matki z telefonami w rękach, gapią się w te ekrany, fejsbukują, a dzieci na próżno domagają się ich uwagi, co najwyżej krzykną od czasu do czasu...
- pani kochana, pod moim blokiem przesiadują młode pary z dzieciakami, nikt nie pracuje, mieszkają u rodziców, kolejne dzieci rodzą, ale kto je wychowuje, jak oni bardziej sobą zajęci, papieroski, piwo w puszkach, a wieczorem na imprezę, bo dzieciaki z dziadkami zostawiają...
Wiele podobnych obrazków, także pod szkołami. Ostatnio, w drodze do pracy, byłam świadkiem awantury między dwiema matkami, fragment rozmowy, który usłyszałam wyglądał mniej więcej tak:
- ja już nie będę zgłaszać niczego do wychowawcy czy dyrektora, od razu na policje pójdę lub do sądu, twoje dziecko jest nienormalne!
- ty się mojego syna nie tykaj, przeprosił twojego, mój przynajmniej na terapię chodzi, a twój jest zwyczajnie niewychowany, jak rodzice!
Ile takich rozmów słyszą dzieci? Podejrzewam, że sporo i że nie pozostaje to bez śladu w ich psychice.
Nie myślmy więc, my dorośli, że nasze problemy są tylko naszymi, dzieci wiele słyszą, obserwują, a jeszcze więcej wyczuwają...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty
środa, 25 września 2019
niedziela, 19 lutego 2017
Zabawy bez zabawek
Media doniosły o wystawie zabawek w Nowym Jorku, czego tam nie było! Co roku producenci prześcigają się wymyślaniu coraz to droższych i bardziej wymyślnych zabawek, które rodzicom spędzają sen z powiek, zwłaszcza przed Gwiazdką.
I tu pojawia się refleksja - czy naszym dzieciom potrzebne są te wszystkie zabawki? Dziecko powinno także umieć zająć się samo, by dać odetchnąć rodzicom, a i kupowanie ciągle nowych wynalazków powoduje rozleniwienie naszych milusińskich i zamiast pogłówkować, jaką zabawę wykreować, suszą rodzicom głowę o kupno nowości z reklam telewizyjnych. Mój syn też dostawał zabawki, zwłaszcza od dziadków (takie ich prawo i radość), ale najwięcej frajdy sprawiało mu odkrywanie skarbów w szufladzie kuchennej, układanie guzików i innych drobiazgów z moich zbiorów
( o dziwo nigdy niczego nie połknął) czy budowanie z tatą fortec z najprostszych klocków.
Czasami budowaliśmy też szałas z koca rozciągniętego między krzesłami i w tym szałasie był piknik i czytanie bajek i rozmowy o wszystkim, co dzieci interesuje.
Zabawki są fajne, często kształcące, ale nie powinniśmy zapominać, że dobrze jest nauczyć dzieci, że można bawić się bez zabawek, nawet na ulicy, w parku, w kolejce do lekarza.
Nauczyciele czasami narzekają, że dzieci nie potrafią głoskować, nie znają kolorów, nie umieją posługiwać się nożyczkami, nie ulepią kulki z plasteliny. To nie żart...bo w domu im tego zabrakło z różnych powodów: plastelina i farby brudzą, nożyczkami jeszcze się skaleczy itd.
Wybaczcie mi odwoływanie sie do czasów mojego dzieciństwa, ale chyba sie starzeję. Gdy słyszę czasem, jak dzieci mówią, że w domu się nudzą, bo brat zajął komputer, albo mają karę, albo nie ma co robić, bo na zabawki są za starzy, a poza komputerem nic nie potrafią wymyślić, to przypominają mi się moje zabawy.
Od wczesnej wiosny do późnej jesieni ganianie na świeżym powietrzu: wrotki, rower, fikołki na trzepaku, zabawa w czterech pancernych, budowanie szałasów, zabawa w chowanego - zresztą sami wiecie...
O zimie nie wspomnę, bo teraz trudno o śnieg.
Wyszperałam w domowym albumie dwa zdjęcia, na pierwszym wakacje na wsi i zabawy przy poidle dla koni. Na wsi człowiek nigdy się nie nudził: szukanie jajek, przejażdżki wozem po siano z łąki, karmienie królików, zrywanie czereśni, obserwowanie zajęć gospodarskich.
Najbardziej lubiliśmy, gdy ciocia z wujkiem na motorze jechali do miasta po lizaki i murzynki.
Na drugim zdjęciu mój tato utrwalił równie ciekawe zajęcie czyli pomaganie dziadkowi w malowaniu pokoju, a ile ciekawych rzeczy można było się przy okazji nauczyć: jak urabiać klej do tapet, który robiło się z mąki żytniej, jak kolorować farbę do nakładania wzorów wałkiem, jak równo położyć pasek pod sufitem. To wszystko było bardzo ciekawe...
Ulubionym zajęciem mojego brata była gra w karty z dziadkiem, oczywiście dziadek dawał wnukowi fory. Ja wolałam u boku babci uczyć sie szycia, najpierw dla lalek, później tez dla siebie. Matce chrzestnej zawdzięczam naukę robótek z włóczki, siadywało sie u cioci w kuchni, na stole pachniały jabłka antonówki, a wujek opowiadał, jak walczył z bandami UPA w Bieszczadach.
Dzisiaj dorośli często zapominają, że zamiast kupować dzieciom kolejne zabawki, lepiej podarować im wspólnie spędzony czas i nauczyć wymyślania zabaw z tego, co jest akurat pod ręką czy w zasięgu wzroku.
A jakie są Wasze refleksje na ten temat?
I tu pojawia się refleksja - czy naszym dzieciom potrzebne są te wszystkie zabawki? Dziecko powinno także umieć zająć się samo, by dać odetchnąć rodzicom, a i kupowanie ciągle nowych wynalazków powoduje rozleniwienie naszych milusińskich i zamiast pogłówkować, jaką zabawę wykreować, suszą rodzicom głowę o kupno nowości z reklam telewizyjnych. Mój syn też dostawał zabawki, zwłaszcza od dziadków (takie ich prawo i radość), ale najwięcej frajdy sprawiało mu odkrywanie skarbów w szufladzie kuchennej, układanie guzików i innych drobiazgów z moich zbiorów
( o dziwo nigdy niczego nie połknął) czy budowanie z tatą fortec z najprostszych klocków.
Czasami budowaliśmy też szałas z koca rozciągniętego między krzesłami i w tym szałasie był piknik i czytanie bajek i rozmowy o wszystkim, co dzieci interesuje.
Zabawki są fajne, często kształcące, ale nie powinniśmy zapominać, że dobrze jest nauczyć dzieci, że można bawić się bez zabawek, nawet na ulicy, w parku, w kolejce do lekarza.
Nauczyciele czasami narzekają, że dzieci nie potrafią głoskować, nie znają kolorów, nie umieją posługiwać się nożyczkami, nie ulepią kulki z plasteliny. To nie żart...bo w domu im tego zabrakło z różnych powodów: plastelina i farby brudzą, nożyczkami jeszcze się skaleczy itd.
Wybaczcie mi odwoływanie sie do czasów mojego dzieciństwa, ale chyba sie starzeję. Gdy słyszę czasem, jak dzieci mówią, że w domu się nudzą, bo brat zajął komputer, albo mają karę, albo nie ma co robić, bo na zabawki są za starzy, a poza komputerem nic nie potrafią wymyślić, to przypominają mi się moje zabawy.
Od wczesnej wiosny do późnej jesieni ganianie na świeżym powietrzu: wrotki, rower, fikołki na trzepaku, zabawa w czterech pancernych, budowanie szałasów, zabawa w chowanego - zresztą sami wiecie...
O zimie nie wspomnę, bo teraz trudno o śnieg.
Wyszperałam w domowym albumie dwa zdjęcia, na pierwszym wakacje na wsi i zabawy przy poidle dla koni. Na wsi człowiek nigdy się nie nudził: szukanie jajek, przejażdżki wozem po siano z łąki, karmienie królików, zrywanie czereśni, obserwowanie zajęć gospodarskich.
Najbardziej lubiliśmy, gdy ciocia z wujkiem na motorze jechali do miasta po lizaki i murzynki.
Na drugim zdjęciu mój tato utrwalił równie ciekawe zajęcie czyli pomaganie dziadkowi w malowaniu pokoju, a ile ciekawych rzeczy można było się przy okazji nauczyć: jak urabiać klej do tapet, który robiło się z mąki żytniej, jak kolorować farbę do nakładania wzorów wałkiem, jak równo położyć pasek pod sufitem. To wszystko było bardzo ciekawe...
Ulubionym zajęciem mojego brata była gra w karty z dziadkiem, oczywiście dziadek dawał wnukowi fory. Ja wolałam u boku babci uczyć sie szycia, najpierw dla lalek, później tez dla siebie. Matce chrzestnej zawdzięczam naukę robótek z włóczki, siadywało sie u cioci w kuchni, na stole pachniały jabłka antonówki, a wujek opowiadał, jak walczył z bandami UPA w Bieszczadach.
Dzisiaj dorośli często zapominają, że zamiast kupować dzieciom kolejne zabawki, lepiej podarować im wspólnie spędzony czas i nauczyć wymyślania zabaw z tego, co jest akurat pod ręką czy w zasięgu wzroku.
A jakie są Wasze refleksje na ten temat?
niedziela, 9 sierpnia 2015
W kogo on się wdał?
Dzieci to podobno niezapisana tablica i wszystko co na niej zapiszemy będzie procentowało w przyszłości. Ale obserwując rozwój własnych i cudzych dzieci czasem zadajemy sobie pytania: w kogo oni się wdali, podobny do ojca czy do dziadka, które cechy, matki czy ojca przeważają w naszym dziecku? Pomijam wpływy rówieśników i środowiska oraz panujące mody, bo pewne wartości, które dzieciom wpajamy są stałe, niezależnie od trendów.
Niekiedy podobieństwo uwidacznia się dopiero po latach, gdy dorosłe już dzieci pokazują światu oblicze przypominające łudząco ich rodziców lub dziadków. Słyszymy wtedy: wykapany ojciec, cała babcia Bronia, utalentowany jak dziadek, skąpy jak ojciec chrzestny itp. Fascynujące jest dla mnie to, że odnajduję w moim synu cechy zebrane niejako z kilku osób w rodzinie, nawet z poprzednich pokoleń. Objawienie się niektórych cech u dzieci zaskakuje wręcz rodziców, zwłaszcza gdy są tak odmienne od tych, jakie rodzice sami posiadają.
Nigdy np.nie miałam zamiłowania do gotowania. Oczywiście gotuję, bo muszę, czasem nawiedza mnie wena, aby coś nowego wypróbować, ale gotowanie nie kojarzy mi się z relaksem. Mój syn natomiast rzadko stołuje się w lokalach, choć jako student ma zniżkę. Najczęściej gotuje sobie sam i w dodatku twierdzi, że go to odstresowuje. Lubi nowinki, poszukuje nowych smaków, przysyła mi zdjęcia ugotowanych potraw.
Zainteresowania ekonomiczno-informatyczne czyli trochę po ojcu, trochę po babci, lubi literaturę fantasy i thrillery( jak ojciec w młodości), a filmy działające na emocje(jak ja). Gdy musi jest bardzo oszczędny, po jednym dziadku, ale czasami żyje pełną piersią, to po drugim dziadku.
Ale najbardziej zaskakuje mnie zawsze to, że ziarna nie padały na jałowy grunt czyli widzę w nim cechy, które starałam się w nim od małego pielęgnować i zdawało mi się, że grochem o ścianę, a tu słyszę od innych, że dało to efekty i mogę spać spokojnie.
Czy Wy też przeżywacie czasami takie zaskoczenia? czy zdarza się, że ktoś mówi o Was: masz głos zupełnie jak matka lub widzę u Ciebie gestykulację ojca? Kiedyś usiedli na ławce mój tato, brat i bratanek i wszyscy oniemieli ze zdziwienia, bo wyglądali jak z jednej matrycy, chociaż gdy funkcjonowali osobno, nie rzucało się to w oczy.
Niekiedy podobieństwo uwidacznia się dopiero po latach, gdy dorosłe już dzieci pokazują światu oblicze przypominające łudząco ich rodziców lub dziadków. Słyszymy wtedy: wykapany ojciec, cała babcia Bronia, utalentowany jak dziadek, skąpy jak ojciec chrzestny itp. Fascynujące jest dla mnie to, że odnajduję w moim synu cechy zebrane niejako z kilku osób w rodzinie, nawet z poprzednich pokoleń. Objawienie się niektórych cech u dzieci zaskakuje wręcz rodziców, zwłaszcza gdy są tak odmienne od tych, jakie rodzice sami posiadają.
Nigdy np.nie miałam zamiłowania do gotowania. Oczywiście gotuję, bo muszę, czasem nawiedza mnie wena, aby coś nowego wypróbować, ale gotowanie nie kojarzy mi się z relaksem. Mój syn natomiast rzadko stołuje się w lokalach, choć jako student ma zniżkę. Najczęściej gotuje sobie sam i w dodatku twierdzi, że go to odstresowuje. Lubi nowinki, poszukuje nowych smaków, przysyła mi zdjęcia ugotowanych potraw.
Zainteresowania ekonomiczno-informatyczne czyli trochę po ojcu, trochę po babci, lubi literaturę fantasy i thrillery( jak ojciec w młodości), a filmy działające na emocje(jak ja). Gdy musi jest bardzo oszczędny, po jednym dziadku, ale czasami żyje pełną piersią, to po drugim dziadku.
Ale najbardziej zaskakuje mnie zawsze to, że ziarna nie padały na jałowy grunt czyli widzę w nim cechy, które starałam się w nim od małego pielęgnować i zdawało mi się, że grochem o ścianę, a tu słyszę od innych, że dało to efekty i mogę spać spokojnie.
Czy Wy też przeżywacie czasami takie zaskoczenia? czy zdarza się, że ktoś mówi o Was: masz głos zupełnie jak matka lub widzę u Ciebie gestykulację ojca? Kiedyś usiedli na ławce mój tato, brat i bratanek i wszyscy oniemieli ze zdziwienia, bo wyglądali jak z jednej matrycy, chociaż gdy funkcjonowali osobno, nie rzucało się to w oczy.
sobota, 8 sierpnia 2015
Ideał sięgnął bruku...
Wczorajsze "Szkło kontaktowe" przypomniało mi problem, o którym chciałam napisać. W Tv pokazano fragment spotkania z P.Kukizem, w czasie którego jeden z fanów wokalisty w nieładny sposób skomentował jego karierę polityczną. Nie o sposobie komentowania jednak chcę pisać, bo to osobny problem (mógł to zrobić inaczej), ale o tym, jak czasami nasze młodzieńcze ideały zderzają się z brukiem lub inaczej: jak nasi idole okazują się zwyczajnymi ludźmi.
Gdy byłam w liceum naszym idolem był polonista, fakt że przy okazji przystojny, ale nie z powodu aparycji idolem został. Prowadził swoje lekcje inaczej, potrafił zarazić pasją, nawiązywał partnerski niemal kontakt, podobnie jak w filmie "Stowarzyszenie umarłych poetów". Długo buzowały w nas emocje po sądzie nad Antygoną, w który zaangażowana była cała klasa. Poznaliśmy wtedy nie tylko dramaturgów greckich, ale siebie nawzajem, bo klasa podzielona była na 3 obozy: obrońcy, oskarżyciele i sędziowie. Antygonę Sofoklesa znaliśmy na pamięć. Podobnie było z innymi lekturami, na polskim nie wypadało nie umieć, nie przeczytać... Bywaliśmy u niego w domu by dyskutować i uczyć się do olimpiady.
W klasie maturalnej spadła na nas jak grom plotka, że nasz ukochany polonista wyjeżdża wkrótce do Niemiec "za chlebem". Jak to? Idol młodzieży, humanista, trener dusz i umysłów? Został do końca roku szkolnego, wypuścił swoich maturzystów i słuch po nim zaginął. Potem poszłam na studia, był stan wojenny, straciło się kontakt z wieloma osobami. Po latach dowiedziałam się, że wyjechał z całą rodziną, pracował tu i tam, przyjeżdżał do Polski nawet na spotkania z absolwentami, ale na spotkaniach tych nie dyskutowano o losach i ideach wychowanków, nasz były idol usiłował sprzedawać materace, ile się da i komu się da. Nie żałowałam więc, że mnie tam nie było.
Dziś, jako osoba dawno już dojrzała jestem w stanie zrozumieć jego pobudki, miał rodzinę, 3 dzieci, jego żona tez była nauczycielką. Zamiast harować na korepetycjach woleli wyjechać w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Nie wiem czy takową znaleźli, podobno małżeństwo nie takie idealne, ale na pewno, mówiąc patetycznie wyjazd ten miał duży wpływ na młodzieńczy ogląd świata dwudziestu paru osób z mojej klasy humanistycznej...
Gdy byłam w liceum naszym idolem był polonista, fakt że przy okazji przystojny, ale nie z powodu aparycji idolem został. Prowadził swoje lekcje inaczej, potrafił zarazić pasją, nawiązywał partnerski niemal kontakt, podobnie jak w filmie "Stowarzyszenie umarłych poetów". Długo buzowały w nas emocje po sądzie nad Antygoną, w który zaangażowana była cała klasa. Poznaliśmy wtedy nie tylko dramaturgów greckich, ale siebie nawzajem, bo klasa podzielona była na 3 obozy: obrońcy, oskarżyciele i sędziowie. Antygonę Sofoklesa znaliśmy na pamięć. Podobnie było z innymi lekturami, na polskim nie wypadało nie umieć, nie przeczytać... Bywaliśmy u niego w domu by dyskutować i uczyć się do olimpiady.
W klasie maturalnej spadła na nas jak grom plotka, że nasz ukochany polonista wyjeżdża wkrótce do Niemiec "za chlebem". Jak to? Idol młodzieży, humanista, trener dusz i umysłów? Został do końca roku szkolnego, wypuścił swoich maturzystów i słuch po nim zaginął. Potem poszłam na studia, był stan wojenny, straciło się kontakt z wieloma osobami. Po latach dowiedziałam się, że wyjechał z całą rodziną, pracował tu i tam, przyjeżdżał do Polski nawet na spotkania z absolwentami, ale na spotkaniach tych nie dyskutowano o losach i ideach wychowanków, nasz były idol usiłował sprzedawać materace, ile się da i komu się da. Nie żałowałam więc, że mnie tam nie było.
Dziś, jako osoba dawno już dojrzała jestem w stanie zrozumieć jego pobudki, miał rodzinę, 3 dzieci, jego żona tez była nauczycielką. Zamiast harować na korepetycjach woleli wyjechać w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Nie wiem czy takową znaleźli, podobno małżeństwo nie takie idealne, ale na pewno, mówiąc patetycznie wyjazd ten miał duży wpływ na młodzieńczy ogląd świata dwudziestu paru osób z mojej klasy humanistycznej...
środa, 29 kwietnia 2015
Szaleństwo komputerowe...
Takie stany jak u gościa na obrazku nieczęsto mi się zdarzają, chyba że wybitnie coś mi nie wychodzi, bo komputer pastwi się nad moją ignorancją informatyczną.
Częściej wyprowadza mnie z równowagi sprawowanie pieczy nad pracownią komputerową w bibliotece i to też raczej nie z powodów technicznych. Pracownię zainstalowano w 2005 i wiele zdrowia i czasu mnie kosztowało opracowanie zasad korzystania, bo komputery tylko 4, a chętnych ponad 600 osób. Ale cóż, roczniki się wymieniają, praca syzyfowa trwa. Czasami czuję się jak Prometeusz przywiązany do skały - przykotwiczona do pracowni komputerowej, okupowanej non stop i ani wyjść do toalety, ani żadnej pracy rozpocząć nie można, bo dzieciaki zasiadają przy kompach i nawołują: mój się zawiesił, gra mi nie chodzi, obrazek się nie ładuje, nie mam głosu w słuchawkach itp. Do tego dodać należy głośne rozmowy między kolegami, którzy przyszli razem i świetnie się bawią lub kłócą, podśpiewywanie podczas korzystania z youtuba, przy czym każda z 4 osób śpiewa inną piosenkę.
Powie ktoś, wystarczy poprosić, żeby tego nie robili? Pomaga na 5 sekund...
Ale najgorsze są kłótnie i histerie podczas zapisywania się na "sesję". Chętnych jest często więcej niż sprzętu, nie każdy chce siedzieć z każdym, ja muszę iść na zastępstwo lub nauczyciel z uczniami zapisał się na zajęcia z komputerami, a ci którzy odchodzą z kwitkiem dostają nieraz ataku histerii. Nie docierają argumenty, że siła wyższa, że może przyjść innego dnia, że może posiedzieć w czytelni... Awanturują się z reguły dzieci, które mają w domu komputery i albo mają szlaban od rodziców, albo już powstaje u nich problem uzależnienia, albo mają problem z wyrażaniem emocji.
Jakiś czas temu wprowadziliśmy zakaz korzystania przez uczniów z portali społecznościowych, bo okazało się, że tam właśnie dzieciaki ubliżają sobie ile wlezie, ośmieszają, grożą. Kiedyś poproszono mnie o zrobienie śledztwa, kiedy uczennica korzystała z komputera w szkole, bo rodzice koleżanki przyszli ze skargą na obelgi zamieszczane na facebooku. Czy ja mam odpowiadać za to, co dzieciaki robią na fejsie? Jeśli w domu rodzic pozwala, niech weźmie odpowiedzialność za to, co jego dziecko wypisuje i jakie zdjęcia zamieszcza. Że rodzic nie wie? A powinien, bo jeżeli nie ma wpływu na to, co jego dziecko robi przy komputerze, to na co wpływ ma?
To szaleństwo komputerowe opanowuje coraz młodsze dzieci i aż strach, dokąd nas zaprowadzi...
Częściej wyprowadza mnie z równowagi sprawowanie pieczy nad pracownią komputerową w bibliotece i to też raczej nie z powodów technicznych. Pracownię zainstalowano w 2005 i wiele zdrowia i czasu mnie kosztowało opracowanie zasad korzystania, bo komputery tylko 4, a chętnych ponad 600 osób. Ale cóż, roczniki się wymieniają, praca syzyfowa trwa. Czasami czuję się jak Prometeusz przywiązany do skały - przykotwiczona do pracowni komputerowej, okupowanej non stop i ani wyjść do toalety, ani żadnej pracy rozpocząć nie można, bo dzieciaki zasiadają przy kompach i nawołują: mój się zawiesił, gra mi nie chodzi, obrazek się nie ładuje, nie mam głosu w słuchawkach itp. Do tego dodać należy głośne rozmowy między kolegami, którzy przyszli razem i świetnie się bawią lub kłócą, podśpiewywanie podczas korzystania z youtuba, przy czym każda z 4 osób śpiewa inną piosenkę.
Powie ktoś, wystarczy poprosić, żeby tego nie robili? Pomaga na 5 sekund...
Ale najgorsze są kłótnie i histerie podczas zapisywania się na "sesję". Chętnych jest często więcej niż sprzętu, nie każdy chce siedzieć z każdym, ja muszę iść na zastępstwo lub nauczyciel z uczniami zapisał się na zajęcia z komputerami, a ci którzy odchodzą z kwitkiem dostają nieraz ataku histerii. Nie docierają argumenty, że siła wyższa, że może przyjść innego dnia, że może posiedzieć w czytelni... Awanturują się z reguły dzieci, które mają w domu komputery i albo mają szlaban od rodziców, albo już powstaje u nich problem uzależnienia, albo mają problem z wyrażaniem emocji.
Jakiś czas temu wprowadziliśmy zakaz korzystania przez uczniów z portali społecznościowych, bo okazało się, że tam właśnie dzieciaki ubliżają sobie ile wlezie, ośmieszają, grożą. Kiedyś poproszono mnie o zrobienie śledztwa, kiedy uczennica korzystała z komputera w szkole, bo rodzice koleżanki przyszli ze skargą na obelgi zamieszczane na facebooku. Czy ja mam odpowiadać za to, co dzieciaki robią na fejsie? Jeśli w domu rodzic pozwala, niech weźmie odpowiedzialność za to, co jego dziecko wypisuje i jakie zdjęcia zamieszcza. Że rodzic nie wie? A powinien, bo jeżeli nie ma wpływu na to, co jego dziecko robi przy komputerze, to na co wpływ ma?
To szaleństwo komputerowe opanowuje coraz młodsze dzieci i aż strach, dokąd nas zaprowadzi...
wtorek, 21 kwietnia 2015
Motywowanie ucznia...
Tony papieru zapisano i setki godzin przegadano na temat: jak motywować ucznia? Żyjemy w czasach, w których wykształcenie straciło na wartości, przykłady pokazały, że nie trzeba być intelektualistą aby zostać prezydentem, obywatele bardziej muszą troszczyć się o byt, niźli o naukę, wiele wartości zmietliśmy z postumentów, w mediach bardziej liczy się skandal lub wygląd, aniżeli wiedza czy pasja. W takiej sytuacji cieszymy się, że uczeń w ogóle przychodzi do szkoły(szkoła musi zapewnić mu opiekę) i na głowie stawać trzeba, żeby dzieciaka zmotywować do nauki. Dzieci często przychodzą niewyspane, bez śniadania, a nawet laik wie, że odpowiednia ilość snu i pełny żołądek warunkują aktywność, zwłaszcza umysłową.Jeśli dodać do tego problemy, jakie zdarzają się w domach uczniów (alkoholizm rodziców, bezrobocie, ciężka choroba), konflikty z rówieśnikami, własne problemy wieku nastoletniego - to sztuką jest skierowanie uwagi dziecka na zdobywanie wiadomości i umiejętności. Obserwując niektórych uczniów i rozmawiając z nimi, nie dziwię ich ich znudzeniu szkołą. Nie dziwię się o tyle, że jako belfer nie jestem w stanie konkurować z grą komputerową,show telewizyjnym, z bogatym rodzicem, który zapisuje pociechę na 101 różnych aktywności, ze starszymi kolegami z podwórka, którzy "pokazują" młodszym uroki dorosłego życia. Mam do zaoferowania tylko własną inwencję, czasami pomoce audiowizualne, wycieczki(na które potrzebne są fundusze, więc nie dla wszystkich), ofertę instytucji wspomagających(kino, muzeum, dom kultury), imprezy szkolne.
Myślę, że z motywowaniem do nauki twórczy nauczyciel sobie poradzi, zwłaszcza gdy ma wsparcie ze strony rodziców ucznia. Ale posłuchałam ostatnio kilku dyskusji w mediach na temat motywowania uczniów do tzw. właściwego zachowania się. Znamienne jest, że do dyskusji tego typu zapraszani są wszyscy, tylko nie nauczyciele(szkół publicznych, bo prywatnych zdarza się). Dyskusje sprowokowane zapewne doniesieniami o surowych regulaminach tej lub innej szkoły. Oczywiście szkoły są powołane także do wychowywania lub raczej wzmacniania pozytywnych zachowań, bo wychowują przecież rodzice(od 0 do 18 lat), także poprzez transparentne systemy oceniania, a wierzcie mi, że dzieciaki to, co ustalone skrupulatnie egzekwują, zwłaszcza w kwestii prawa ucznia. Domy rodzinne także bywają różne, czasami rodzice uczniów miewają problemy z radzeniem sobie z rzeczywistością, a cóż dopiero z wychowaniem dzieci. I tu słyszę w mediach uczone osoby, które radzą nauczycielom, dyrektorom szkół, rodzicom, że należy zlikwidować oceny z zachowania, dać na wejściu wszystkim uczniom "wzorowy" i motywować wychowanków do właściwego zachowywania się w szkole.Jak moje dziecko ma zachowywać się, nie tylko w szkole motywowałam je w domu, aby poszło w świat poukładane i miało dobre wzorce odniesienia, bo wtedy zauważa kto i dlaczego zachowuje się niewłaściwie. Wnioskować można by, że wszystkich złych rzeczy uczeń uczy się w szkole. W pewnym sensie tak jest, bo dzieci z domów, gdzie ważna jest kindersztuba zadziwia wachlarz negatywnych zachowań, jakie spotykają w murach placówki. I co? Temu ułożonemu dziecku i temu zaburzonemu mamy dać wzorowy? To jaki sygnał odbiera ten pierwszy uczeń? Każdy niech odpowie sobie sam, dodam tylko, że istotnymi elementami oceny z zachowania są dwa: samoocena ucznia i ocena przez kolegów z klasy. Ta druga zwłaszcza bywa bardziej surowa, niż ocenienie przez wychowawcę.
Wracając do motywowania: jak mam zmotywować ucznia, który bierze leki, jest agresywny, niszczy wszystko wokół, a matka na każdy telefon ze szkoły reaguje wyzwiskami pod adresem niekompetentnych nauczycieli. Tu nie motywacja jest potrzebna, ale raczej terapia i to rodzinna.
Nie jestem psychiatrą, terapeutą, kuratorem sądowym, a tego czasem się ode mnie wymaga...
Myślę, że z motywowaniem do nauki twórczy nauczyciel sobie poradzi, zwłaszcza gdy ma wsparcie ze strony rodziców ucznia. Ale posłuchałam ostatnio kilku dyskusji w mediach na temat motywowania uczniów do tzw. właściwego zachowania się. Znamienne jest, że do dyskusji tego typu zapraszani są wszyscy, tylko nie nauczyciele(szkół publicznych, bo prywatnych zdarza się). Dyskusje sprowokowane zapewne doniesieniami o surowych regulaminach tej lub innej szkoły. Oczywiście szkoły są powołane także do wychowywania lub raczej wzmacniania pozytywnych zachowań, bo wychowują przecież rodzice(od 0 do 18 lat), także poprzez transparentne systemy oceniania, a wierzcie mi, że dzieciaki to, co ustalone skrupulatnie egzekwują, zwłaszcza w kwestii prawa ucznia. Domy rodzinne także bywają różne, czasami rodzice uczniów miewają problemy z radzeniem sobie z rzeczywistością, a cóż dopiero z wychowaniem dzieci. I tu słyszę w mediach uczone osoby, które radzą nauczycielom, dyrektorom szkół, rodzicom, że należy zlikwidować oceny z zachowania, dać na wejściu wszystkim uczniom "wzorowy" i motywować wychowanków do właściwego zachowywania się w szkole.Jak moje dziecko ma zachowywać się, nie tylko w szkole motywowałam je w domu, aby poszło w świat poukładane i miało dobre wzorce odniesienia, bo wtedy zauważa kto i dlaczego zachowuje się niewłaściwie. Wnioskować można by, że wszystkich złych rzeczy uczeń uczy się w szkole. W pewnym sensie tak jest, bo dzieci z domów, gdzie ważna jest kindersztuba zadziwia wachlarz negatywnych zachowań, jakie spotykają w murach placówki. I co? Temu ułożonemu dziecku i temu zaburzonemu mamy dać wzorowy? To jaki sygnał odbiera ten pierwszy uczeń? Każdy niech odpowie sobie sam, dodam tylko, że istotnymi elementami oceny z zachowania są dwa: samoocena ucznia i ocena przez kolegów z klasy. Ta druga zwłaszcza bywa bardziej surowa, niż ocenienie przez wychowawcę.
Wracając do motywowania: jak mam zmotywować ucznia, który bierze leki, jest agresywny, niszczy wszystko wokół, a matka na każdy telefon ze szkoły reaguje wyzwiskami pod adresem niekompetentnych nauczycieli. Tu nie motywacja jest potrzebna, ale raczej terapia i to rodzinna.
Nie jestem psychiatrą, terapeutą, kuratorem sądowym, a tego czasem się ode mnie wymaga...
sobota, 24 stycznia 2015
Przykład idzie z góry...
Z coraz większym przerażeniem słucham różnych doniesień medialnych na tematy polityczne. Słowa, a właściwie inwektywy, które padają z ust posłów, dziennikarzy, związkowców pod adresem różnych osób publicznych stają się niechlubną normą. Co z tego, że jeden z drugim przeprasza po burzy medialnej, skoro już padły, wszyscy je usłyszeli, a niektórzy nawet próbują usprawiedliwiać.
Jak mamy wychowywać dzieci w szacunku i tolerancji dla drugiego człowieka, skoro przekaz idący z mediów zaprzecza wszelkim zasadom dobrego wychowania i dobrego smaku. Dokąd dojdziemy w tym szaleństwie, jeśli premiera nazwać można kłamcą i oszustem lub głupkiem, papieża idiotą, do człowieka na ulicy pewien polityk powie: "spieprzaj dziadu" lub o dziennikarce: "ta małpa w czerwonym".
Związkowcy grożą: my znamy wasze adresy, my was znajdziemy! Za sukces uważane jest nie podpisanie porozumienia, ale nauczenie kogoś pokory...
Nie lepiej słychać na ulicy, w sklepach, na jezdni - każdy każdemu może bezkarnie nawtykać i nie widzi w tym nic złego. Koleżanka obserwowała pewną babcię, która "bawiła się" z wnukiem w taki sposób, że ten boksował ją gdzie popadnie jak w worek treningowy. Gdy podrośnie, a babcię naprawdę zabolą jego ciosy i zaprotestuje, wnuczek może odpowiedzieć: babciu, przecież sama mnie tego nauczyłaś, zawsze tak się bawiliśmy. Ja z kolei byłam świadkiem, jak matka dorosłych synów pozdrawiała jednego z nich z samochodu wystawiając środkowy, wymowny palec. No właśnie...
Inny przykład? Dziecko zapytane o imię, mówi, że nie pamięta. A jak mamusia mówi do ciebie najczęściej, pyta nauczycielka. Ty mały luju, odpowiada dziecko ( zapewniam, że nie zmyślone). Najlepszym wglądem w słowniki stosowane w niektórych domach jest posłuchanie, jak dzieci zwracają się do siebie, gdy dorośli nie widzą, można się zdziwić. Czasami, słysząc wiązki słów uważanych za wulgarne muszę szybko zdecydować czy podziwiać za bogaty wachlarz, oburzać się, że takie paskudne czy uciekać, bo czasem za słowami idą czyny.
Ale cóż, przykład idzie z góry!
Jak mamy wychowywać dzieci w szacunku i tolerancji dla drugiego człowieka, skoro przekaz idący z mediów zaprzecza wszelkim zasadom dobrego wychowania i dobrego smaku. Dokąd dojdziemy w tym szaleństwie, jeśli premiera nazwać można kłamcą i oszustem lub głupkiem, papieża idiotą, do człowieka na ulicy pewien polityk powie: "spieprzaj dziadu" lub o dziennikarce: "ta małpa w czerwonym".
Związkowcy grożą: my znamy wasze adresy, my was znajdziemy! Za sukces uważane jest nie podpisanie porozumienia, ale nauczenie kogoś pokory...
Nie lepiej słychać na ulicy, w sklepach, na jezdni - każdy każdemu może bezkarnie nawtykać i nie widzi w tym nic złego. Koleżanka obserwowała pewną babcię, która "bawiła się" z wnukiem w taki sposób, że ten boksował ją gdzie popadnie jak w worek treningowy. Gdy podrośnie, a babcię naprawdę zabolą jego ciosy i zaprotestuje, wnuczek może odpowiedzieć: babciu, przecież sama mnie tego nauczyłaś, zawsze tak się bawiliśmy. Ja z kolei byłam świadkiem, jak matka dorosłych synów pozdrawiała jednego z nich z samochodu wystawiając środkowy, wymowny palec. No właśnie...
Inny przykład? Dziecko zapytane o imię, mówi, że nie pamięta. A jak mamusia mówi do ciebie najczęściej, pyta nauczycielka. Ty mały luju, odpowiada dziecko ( zapewniam, że nie zmyślone). Najlepszym wglądem w słowniki stosowane w niektórych domach jest posłuchanie, jak dzieci zwracają się do siebie, gdy dorośli nie widzą, można się zdziwić. Czasami, słysząc wiązki słów uważanych za wulgarne muszę szybko zdecydować czy podziwiać za bogaty wachlarz, oburzać się, że takie paskudne czy uciekać, bo czasem za słowami idą czyny.
Ale cóż, przykład idzie z góry!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






