Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowieści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowieści. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 sierpnia 2017

Epizod niehazardowy...

Namówił mnie jeden Wojtek do wspomnień z okresu, gdy bywałam w jaskini hazardu.
Rozczaruję Was jednak, bo nie grałam w Black Jacka ani w Jednorękiego bandytę, nie zastawiłam zegarka na żetony, ani tym bardziej nie wygrałam fortuny, by ją szybko przepuścić na zbytki.
Bywałam w małym kasynie gry o nazwie Admirał w celach zarobkowych, jako konserwator powierzchni płaskich czyli sprzątaczka.
Robota trafiła się przypadkiem. Kolega miał znajomego, który szukał zaufanych osób do pracy w kasynie właśnie. Płacili świetnie, praca lekka przez godzinę dziennie 7 dni w tygodniu. Kasyno czynne było 23 godziny na dobę, więc przez tę jedyną godzinę dziennie musiałyśmy we dwie z koleżanką posprzątać przed drugą zmianą.
Dlaczego we dwie? Po pierwsze raźniej, po drugie zmieniałyśmy się w weekendy, żeby choć wtedy dłużej pospać. Kasyno obsługiwały dwie zmiany w składzie - współwłaściciel plus pracownik. Śmieszne było to, że jedna zmiana lubiła pogadać i częstowała kawą, druga nic - zero rozmów, zero kawy...
O pracy sprzątaczki nie ma co pisać, cóż moze być pasjonującego w odkurzaniu wykładziny wielgachnym przemysłowym odkurzaczem, opróżnianiu popielniczek i myciu toalet?
W zasadzie nie widywałyśmy także gości tego przybytku, w każdym razie brudzili niewiele, za to petów było mnóstwo. Nawet nie wiem czy teraz w kasynach też obowiązuję zakaz palenia jak w innych lokalach?
Zajmujące były opowieści pracowników o bywalcach kasyna. Niejedna głowa rodziny przegrała w kasynie nie tylko wypłatę, zegarek czy samochód, zdarzały się weksle na dom podpisywane przy świadkach, wzywanie na pomoc kolegów z pożyczoną gotówką, wizyty pogotowia do bywalców ze słabszym sercem i awantury żon przybywających w ślad za trwoniącym majątek mężem.
Swoją droga, okazało się po jakimś czasie, że jeden z pracowników także uległ nałogowi i wymieniono go na innego.
Nie było też tajemnicą, że stałym bywalcem kasyna był miejscowy proboszcz, ale wpadał na skromniejsze występy, bo z większą gotówką i po większe stawki jeździł podobno do Torunia.
W kasynie pracowałyśmy pół roku. Miała to być praca dodatkowa do wakacji, więc zgodnie z umową zakończyłyśmy proceder. Kasyno po jakimś czasie upadło, a lokal chyba pechowy jakiś, bo do dziś wisi na drzwiach napis - WYNAJMĘ LUB SPRZEDAM.

sobota, 2 lipca 2016

Trzy po trzy...

Wybrałam się do banku. W banku pobrałam numerek w biletomacie (taki myk dla dobra klienta) i zasiadłam na wygodnej kanapie, bo zwolniło się miejsce. Nad stanowiskami dla interesantów wyświetlały się kolejne numery. Obok mnie zasiadły dwie panie i popijając wodę byłam świadkiem takiej oto rozmowy:
- Który ma pani numer, bo ja 63. Tyle tych ludzi dziś, a myślałam, że szybko pójdzie, bo ja tylko po emeryturę.
- Ja też po pieniądze i przelew muszę zrobić. Mam 64 numerek, więc trochę poczekamy, bo dopiero 51 wyświetlają...
- Czemu to tak długo trwa? O, tamta pani to udaje, że pracuje, nikt nie siedzi przed okienkiem, a ona ciągle coś pisze, a my czekamy...
- One tak wszystkie, no niech pani patrzy, ile ich tu jest, a tylko dwa okienka czynne, ciągle gdzieś wychodzą. A pani czemu z bankomatu nie wypłaca? Po co tyle czekać?
- Ja już mam 84 lata i wolę w banku, słabo widzę. O, pobrudziła się pani.
- A bo lody jadłam i kapało, a nie powinnam, bo tyję..
- Ale skąd, szczupła pani jest. Ja kiedyś byłam grubsza, ale z wiekiem chudnę, jak dożyję 90-ki to wiatr mnie porwie.
- Nie wygląda pani na 84 lata, to ile już na emeryturze?
- Poszłam w wieku 55 lat, bo w przedszkolu pracowałam. Ten bank to dziadostwo, żeby tyle czasu na te parę groszy czekać!
- To taka mała ta emerytura?
- No pewnie! A mogłam w Kanadzie mieszkać i w kolejkach nie czekać...
- Jak to? Kanada to daleko.
- Córki tam dwie mam, gdy byłam młodsza to jechałam do nich co 3 lata i córki chciały, żebym u nich została. A ja głupia wróciłam do Polski, bo syn tu został z mężem, mąż mnie zdradzał, milicjantem był. Wróciłam, żeby syna ożenić i małżeństwo ratować. Syn jest dużo młodszy od córek, nie chciałam go samego z ojcem zostawić, potrzebował mnie.
- I co? wszystko dobrze się skończyło?
- A gdzie tam! Syn sie rozwiódł i nawet wnuków nie mam, a mąż zmarł i sama zostałam. Teraz nigdzie nie polecę, za stara jestem...
- To syn może sie panią zaopiekować...ale niezgrabna jestem, plama mi po tych lodach zostanie.
- A skąd, syn też wyemigrował, niezbyt często sie odzywa...
- Ale krzepko pani wygląda jak na taki wiek, który to numerek teraz?
- Chyba 57, o teraz 58 - ta pani teraz idzie, my jeszcze trochę...
I takim oto sposobem wysłuchałam historii , jakich wiele. Ciekawe, co stanie się moim udziałem następnym razem?

środa, 10 czerwca 2015

Opowieść Oskara

Oskar jest gadatliwym chłopcem, poznałam go gdy miał 7 lat. Na szkolnej wycieczce wybrał mnie na towarzyszkę spacerów po mieście i opowiadał różne historie. Słuchaczowi jest o tyle ciężko, że chłopiec bardzo się jąka i trzeba dużo cierpliwości by wytrwać w słuchaniu do końca.
Oskar przychodzi często do biblioteki, zapisuje się na komputery i siedząc przed monitorem też gada: do kolegów, do mnie, do siebie. Uciszany bardzo się stara, ale to gadanie jest silniejsze od niego. Oskara fascynują dinozaury i astronomia, a szczególnie czarne dziury.
W poniedziałek przyszedł do czytelni, ja byłam zajęta porządkowaniem księgozbioru, zakurzona jak diabeł tasmański. Chłopiec wziął kilka czasopism mówiąc, że musi poszukać informacji o słoniach, bo jedzie na wakacje do Afryki. Pytam do jakiego kraju w Afryce, ale Oskar nie wiedział. Mama powiedziała tylko, że do Afryki i on musi się dowiedzieć, co jedzą słonie, bo będzie je dokarmiał. Ja mu na to, że słonie to nie dziki, żeby je dokarmiać.
Po chwili zaczął szukać książek o kotach, bo ma w domu rudego kotka. Potem zainteresowały go rysunki w książce o budowie człowieka: pępowina, serce, wątroba, pęcherz. Zapytany czemu go to interesuje, odpowiedział, że jego wujek miał operację serca, ale na szczęście uratowano mu życie, bo w przeciwnym razie nie zobaczyłby więcej wujka, a widział go tylko raz, bo mieszka w Anglii. Poza tym widział kiedyś jak prześwietlano jego braciszka i zdziwił go widok wszystkiego, co człowiek ma w środku.
Zapytany dlaczego jedzie aż do Afryki, odpowiedział, że do taty i ma nadzieję, że tato pogodzi się z mamą i do nich wróci.
- Ale mówiłeś, że twój tato był pilotem i zginął w wypadku.
- Tak mówiłem, kiedy?
- W zeszłym roku na wycieczce.
- A, to pewnie był mój pierwszy tato. Tak, on zginął, ale ten drugi pokłócił się z mamą i wyjechał i ja chciałbym żeby wrócił, bo mogę nie mieć już żadnego taty.
- I dlatego jedziesz do Afryki?
- Właśnie, ale najbardziej to chciałbym tak jak w filmie, żeby można było cofnąć czas i wtedy zmienić tak, żeby tato nie zginął.
- A oglądałeś film "Powrót do przyszłości"?
- A o czym to?
- O naukowcu, który zbudował wehikuł czasu i mógł przenosić się wstecz o kilkadziesiąt lat.
- To ja pani opowiem mój ulubiony film.
I Oskar zaczął opowiadać. Nie jestem niestety w stanie przekazać treści całej opowieści, bo była i długa (cała godzina) i mało zrozumiała, w dodatku chłopiec cały czas chodził w kółko po czytelni, bo dzięki temu lepiej mu się mówi i faktycznie mniej się jąkał.
Nagle oznajmił: to już koniec, muszę iść na logopedię.
Od wychowawcy wiem, że Oskar często fantazjuje, ojca faktycznie nie ma, mieszka z mamą i dziadkami, długo przesiaduje w świetlicy. Bywa męczący , ale trzeba go wysłuchać, bo jak nie ja to kto?