Dziś będzie krótko o obserwacji poczynionej w czasie zajęć ze starszymi dziećmi.
Poproszona o nagłe zastępstwo wzięłam najnowsze numery czasopisma ODKRYWCA - National Geographic i wyruszyłam na zmagania z szóstoklasistami.
Wyjaśniłam cel mojego przybycia i zasady pracy na lekcji, po czym jak satelita krążyłam po sali, przyglądając się zajęciom uczniów.
W jakimś programie z pogranicza psychologii i pedagogiki podano , że na podstawie obserwacji zachowań w trakcie podejścia dzieci do nowego zadania można wywnioskować, kim to dziecko zostanie w przyszłości w sensie ewentualnej kariery.
Moi uczniowie mieli do wyboru kilka różnych numerów popularnonaukowego czasopisma i mogli zająć się tymi jego aspektami, które interesują ich najbardziej. Niektórzy zwracali uwagę już na okładki, inni szukali ciekawostek, ale zniechęcały ich długie teksty, jeszcze inni skupili się na samych zdjęciach, czytali jednak podpisy pod fotografiami, nieliczni zaczęli rozwiązywać łamigłówki lub krzyżówki.
Przysiadłam obok chłopca, który bardzo widać potrzebował rozmowy i zachwycił mnie znajomością wielu informacji o przyrodzie spoza czasopisma, które miał przed sobą.
Ale tak naprawdę chcę napisać o chłopcu, którego nazwać można wolnym elektronem. Jest nadpobudliwy, ma to w papierach, więc normalne, że czasami spaceruje po klasie lub wymaga dodatkowego zajęcia bo nie wytrzymuje w ławce.
Podchodził do grup, ale nie miał wiele do zaoferowania poza rozśmieszaniem kolegów.
Pytam więc - dlaczego nie przeglądasz pisma, można w nim znaleźć wiele ciekawych rzeczy, wymienić się uwagami z kolegą?
On na to, że właściwie po co?
Chociażby po to, odpowiadam, że przyda ci się to w trakcie ewentualnych podróży... gdy będziesz w Afryce, zabłyśniesz wiedzą o żyrafach na przykład.
Nie muszę, on na to, wynajmę przewodnika, a zresztą gdy wyjeżdżamy z rodzicami, to nie wychodzimy z hotelu, wie pani ile atrakcji jest w takim hotelu?
Pytanie zostawiłam bez odpowiedzi...
A swoja drogą, nie wiedziałam, że są 4 rodzaje żyraf, które różnią się wzorem plam na skórze!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
piątek, 18 maja 2018
wtorek, 21 kwietnia 2015
Motywowanie ucznia...
Tony papieru zapisano i setki godzin przegadano na temat: jak motywować ucznia? Żyjemy w czasach, w których wykształcenie straciło na wartości, przykłady pokazały, że nie trzeba być intelektualistą aby zostać prezydentem, obywatele bardziej muszą troszczyć się o byt, niźli o naukę, wiele wartości zmietliśmy z postumentów, w mediach bardziej liczy się skandal lub wygląd, aniżeli wiedza czy pasja. W takiej sytuacji cieszymy się, że uczeń w ogóle przychodzi do szkoły(szkoła musi zapewnić mu opiekę) i na głowie stawać trzeba, żeby dzieciaka zmotywować do nauki. Dzieci często przychodzą niewyspane, bez śniadania, a nawet laik wie, że odpowiednia ilość snu i pełny żołądek warunkują aktywność, zwłaszcza umysłową.Jeśli dodać do tego problemy, jakie zdarzają się w domach uczniów (alkoholizm rodziców, bezrobocie, ciężka choroba), konflikty z rówieśnikami, własne problemy wieku nastoletniego - to sztuką jest skierowanie uwagi dziecka na zdobywanie wiadomości i umiejętności. Obserwując niektórych uczniów i rozmawiając z nimi, nie dziwię ich ich znudzeniu szkołą. Nie dziwię się o tyle, że jako belfer nie jestem w stanie konkurować z grą komputerową,show telewizyjnym, z bogatym rodzicem, który zapisuje pociechę na 101 różnych aktywności, ze starszymi kolegami z podwórka, którzy "pokazują" młodszym uroki dorosłego życia. Mam do zaoferowania tylko własną inwencję, czasami pomoce audiowizualne, wycieczki(na które potrzebne są fundusze, więc nie dla wszystkich), ofertę instytucji wspomagających(kino, muzeum, dom kultury), imprezy szkolne.
Myślę, że z motywowaniem do nauki twórczy nauczyciel sobie poradzi, zwłaszcza gdy ma wsparcie ze strony rodziców ucznia. Ale posłuchałam ostatnio kilku dyskusji w mediach na temat motywowania uczniów do tzw. właściwego zachowania się. Znamienne jest, że do dyskusji tego typu zapraszani są wszyscy, tylko nie nauczyciele(szkół publicznych, bo prywatnych zdarza się). Dyskusje sprowokowane zapewne doniesieniami o surowych regulaminach tej lub innej szkoły. Oczywiście szkoły są powołane także do wychowywania lub raczej wzmacniania pozytywnych zachowań, bo wychowują przecież rodzice(od 0 do 18 lat), także poprzez transparentne systemy oceniania, a wierzcie mi, że dzieciaki to, co ustalone skrupulatnie egzekwują, zwłaszcza w kwestii prawa ucznia. Domy rodzinne także bywają różne, czasami rodzice uczniów miewają problemy z radzeniem sobie z rzeczywistością, a cóż dopiero z wychowaniem dzieci. I tu słyszę w mediach uczone osoby, które radzą nauczycielom, dyrektorom szkół, rodzicom, że należy zlikwidować oceny z zachowania, dać na wejściu wszystkim uczniom "wzorowy" i motywować wychowanków do właściwego zachowywania się w szkole.Jak moje dziecko ma zachowywać się, nie tylko w szkole motywowałam je w domu, aby poszło w świat poukładane i miało dobre wzorce odniesienia, bo wtedy zauważa kto i dlaczego zachowuje się niewłaściwie. Wnioskować można by, że wszystkich złych rzeczy uczeń uczy się w szkole. W pewnym sensie tak jest, bo dzieci z domów, gdzie ważna jest kindersztuba zadziwia wachlarz negatywnych zachowań, jakie spotykają w murach placówki. I co? Temu ułożonemu dziecku i temu zaburzonemu mamy dać wzorowy? To jaki sygnał odbiera ten pierwszy uczeń? Każdy niech odpowie sobie sam, dodam tylko, że istotnymi elementami oceny z zachowania są dwa: samoocena ucznia i ocena przez kolegów z klasy. Ta druga zwłaszcza bywa bardziej surowa, niż ocenienie przez wychowawcę.
Wracając do motywowania: jak mam zmotywować ucznia, który bierze leki, jest agresywny, niszczy wszystko wokół, a matka na każdy telefon ze szkoły reaguje wyzwiskami pod adresem niekompetentnych nauczycieli. Tu nie motywacja jest potrzebna, ale raczej terapia i to rodzinna.
Nie jestem psychiatrą, terapeutą, kuratorem sądowym, a tego czasem się ode mnie wymaga...
Myślę, że z motywowaniem do nauki twórczy nauczyciel sobie poradzi, zwłaszcza gdy ma wsparcie ze strony rodziców ucznia. Ale posłuchałam ostatnio kilku dyskusji w mediach na temat motywowania uczniów do tzw. właściwego zachowania się. Znamienne jest, że do dyskusji tego typu zapraszani są wszyscy, tylko nie nauczyciele(szkół publicznych, bo prywatnych zdarza się). Dyskusje sprowokowane zapewne doniesieniami o surowych regulaminach tej lub innej szkoły. Oczywiście szkoły są powołane także do wychowywania lub raczej wzmacniania pozytywnych zachowań, bo wychowują przecież rodzice(od 0 do 18 lat), także poprzez transparentne systemy oceniania, a wierzcie mi, że dzieciaki to, co ustalone skrupulatnie egzekwują, zwłaszcza w kwestii prawa ucznia. Domy rodzinne także bywają różne, czasami rodzice uczniów miewają problemy z radzeniem sobie z rzeczywistością, a cóż dopiero z wychowaniem dzieci. I tu słyszę w mediach uczone osoby, które radzą nauczycielom, dyrektorom szkół, rodzicom, że należy zlikwidować oceny z zachowania, dać na wejściu wszystkim uczniom "wzorowy" i motywować wychowanków do właściwego zachowywania się w szkole.Jak moje dziecko ma zachowywać się, nie tylko w szkole motywowałam je w domu, aby poszło w świat poukładane i miało dobre wzorce odniesienia, bo wtedy zauważa kto i dlaczego zachowuje się niewłaściwie. Wnioskować można by, że wszystkich złych rzeczy uczeń uczy się w szkole. W pewnym sensie tak jest, bo dzieci z domów, gdzie ważna jest kindersztuba zadziwia wachlarz negatywnych zachowań, jakie spotykają w murach placówki. I co? Temu ułożonemu dziecku i temu zaburzonemu mamy dać wzorowy? To jaki sygnał odbiera ten pierwszy uczeń? Każdy niech odpowie sobie sam, dodam tylko, że istotnymi elementami oceny z zachowania są dwa: samoocena ucznia i ocena przez kolegów z klasy. Ta druga zwłaszcza bywa bardziej surowa, niż ocenienie przez wychowawcę.
Wracając do motywowania: jak mam zmotywować ucznia, który bierze leki, jest agresywny, niszczy wszystko wokół, a matka na każdy telefon ze szkoły reaguje wyzwiskami pod adresem niekompetentnych nauczycieli. Tu nie motywacja jest potrzebna, ale raczej terapia i to rodzinna.
Nie jestem psychiatrą, terapeutą, kuratorem sądowym, a tego czasem się ode mnie wymaga...
piątek, 30 stycznia 2015
Pochwała radości.
Podobno optymiści żyją dłużej. Nie wiem czy to fakt sprawdzony naukowo, ale wszyscy długowieczni zapewniają w wywiadach, że mają pogodne usposobienie. Z moich obserwacji i przemyśleń wynika też, że ludzie, którzy potrafią cieszyć się z drobiazgów są lepsi, życzliwsi, nie miewają chandry i w najgorszej sytuacji znajdują pozytywne cechy. Każdego dnia staram się pielęgnować w sobie takie podejście do życia i przekazywać dalej. Napisałam staram się, bo nie jestem urodzoną optymistką, ale przekonałam się, że to naprawdę ułatwia życie. Jest takie powiedzenie, które warto zacytować tym, którzy lubią się martwić na zapas: Jak ci źle idź na cmentarz, tam się zaraz opamiętasz.
Zachwyciłam się ostatnio tym, jak moje własne podejście do trudnych wyzwań motywuje innych do tego samego. Osoby, które obawiają się nowych zadań z różnych powodów, czasami wynikających z braku wiary w siebie ( i martwią się na zapas czy im się uda), odpowiednio zmotywowane jednak próbują, a ich radość z tego, że się nie tylko udało, ale nawet efekt działania przeszedł ich oczekiwania warta jest każdego wysiłku, jaki wkładamy w jakieś wspólne przedsięwzięcie. Doświadczam takich emocji ostatnio na niwie zawodowej. Uwielbiam taką współpracę, która daje radość i satysfakcję wszystkim zaangażowanym. Sceptyków i malkontentów spotkamy wszędzie, ale gdyby nie zapaleńcy, gorące głowy, pozytywnie zakręceni, czy jak ich nazwiemy świat stałby w miejscu, a nasze dusze byłyby mroczne jak otchłań hadesu.
Tak właśnie wymyśliłam, że praca zawodowa stała się( a nie zawsze była)moją pasją i jeszcze mi za to płacą i doceniają. A że czasami ktoś złośliwie podgryza pięty? To też może dawać kopa, żeby właśnie na przekór zrobić jeszcze więcej i lepiej i mieć z tego radość, swoje własne słoneczne poletko.
(grafika: openclipart)
Zachwyciłam się ostatnio tym, jak moje własne podejście do trudnych wyzwań motywuje innych do tego samego. Osoby, które obawiają się nowych zadań z różnych powodów, czasami wynikających z braku wiary w siebie ( i martwią się na zapas czy im się uda), odpowiednio zmotywowane jednak próbują, a ich radość z tego, że się nie tylko udało, ale nawet efekt działania przeszedł ich oczekiwania warta jest każdego wysiłku, jaki wkładamy w jakieś wspólne przedsięwzięcie. Doświadczam takich emocji ostatnio na niwie zawodowej. Uwielbiam taką współpracę, która daje radość i satysfakcję wszystkim zaangażowanym. Sceptyków i malkontentów spotkamy wszędzie, ale gdyby nie zapaleńcy, gorące głowy, pozytywnie zakręceni, czy jak ich nazwiemy świat stałby w miejscu, a nasze dusze byłyby mroczne jak otchłań hadesu.
Tak właśnie wymyśliłam, że praca zawodowa stała się( a nie zawsze była)moją pasją i jeszcze mi za to płacą i doceniają. A że czasami ktoś złośliwie podgryza pięty? To też może dawać kopa, żeby właśnie na przekór zrobić jeszcze więcej i lepiej i mieć z tego radość, swoje własne słoneczne poletko.
(grafika: openclipart)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


