Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor sytuacyjny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor sytuacyjny. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 lutego 2026

Dialogi sklepowe

Wpadam czasami do naszej galerii handlowej, by sprawdzić co nowego lub po odbiór zamówionych książek i różnych dialogów jestem świadkiem, niekiedy to niemal skecze kabaretowe. 
Sami zresztą oceńcie...

 1. W przymierzalni sklepu znanej, a niedrogiej  marki słyszę dialog pewnej pary :
- trochę ciasna, myślisz, że schudnę?
- nie wiem, jest jeszcze dużo czasu
- a jak się jednak nie zmieszczę, może wezmę wiekszą?
- a może czas się za siebie wziąć?


2.  Zaskoczenie w sklepie obuwniczym:
- przymierz te szpilki, kochanie!
- ale wiesz, że nie chodzę w szpilkach!
- przymierz je dla mnie!
I pan delikatnie nałożył but na stopę żony, jak Kopciuszkowi...

3. W sklepie z bielizną nie pierwszy raz widziałam pana kupującego komplet dla ukochanej, kiedyś sama byłam obsługiwana przez ekspedienta...
- szukam kompletu na walentynki
- o, super, a zna pan rozmiar?
- taki średni, jak pani pokaże, to będę wiedział czy pasuje...

4. Kolejna para, poszukująca ubrań na wyprzedażach:
- to dla ciebie?
- tak, a co?
- no weź przestań, ile ty masz lat?
- nie znasz się, teraz wszystko wszystkim pasuje!

wtorek, 21 października 2025

Lanie wody...

 Woda źródłem życia, szum wody pozytywnie wpływa na nasze rozedrgane nerwy. Może dlatego tak lubimy fontanny, wodospady, strumyki...

Na zdjęciu obok, źródełko z wodą pitną na Rodos.

Jest też inny aspekt związany z laniem wody. Mówimy tak o kimś, kto mówi dużo, nie na temat i czasami mija się z prawdą. 

Wodolejstwo, kojarzy mi się także z pisaniem prac szkolnych na tzw. wolny temat. A to wcale nie jest prosta sztuka.

Jednak wody nie powinno się marnować, jest zbyt cenna. Tym bardziej martwią nas wszelkie domowe awarie wodne, w kuchni lub w łazience.
Gorzej gdy do niepotrzebnego lania się wody przyczynimy się sami.

Na szczęście, nie zdarzyła mi się teraz awaria ( odpukać ), za to rozlałam wodę w ilości niemałej przez gapiostwo i brak przewidywania. I to dwa razy jednego dnia!
Jak to było? Podlewałam roślinki z ulubionego dzbanka, który nagle odstawiłam na podłogę, bo nowej roślince chciałam się przyjrzeć. zaniosłam ja na stolik i gdy wracałam, zapomniałam o dzbanku na podłodze, wiele nie trzeba, woda rozlana. Dobrze, ze niewiele w naczyniu zostało, a ile wycierania podłogi  i ratowania dywanu było...

Drugie wody lanie pozbawiło mnie snu do rana. Postawiłam wieczorem szklankę z wodą na stoliku nocnym i jakimś trafem machnęłam ręką lub kołdrą i znów woda ze szklanki rozlana. Zerwałam się z łóżka, bo obok szafki listwa przedłużacza do wtyczek rozmaitych, no i lampka nocna. Tym razem też wody w szklance mało było, a wycierania i osuszania mnóstwo. 
Na zegarze 4 nad ranem i jak tu spać po takiej akcji?


Mam nadzieję, że dość już lania wody na ten tydzień...

czwartek, 16 października 2025

Dbaj o siebie...

Często mówimy komuś - dbaj o siebie, słyszymy ciągle o profilaktyce i słusznie. Ale jak teoria ma się do praktyki?

Pisałam już kiedyś o wizycie u neurologa. Pal licho terminy, wszędzie jest kiepsko, choć w przypadku niektórych chorób termin bywa kluczowy.

Dostałam skierowanie do neurologa, bo często miewałam kontuzje odcinka lędźwiowego kręgosłupa. Odczekałam swoje, kolejne skierowanie do fizjoterapeuty, kolejne czekanie na zabiegi, trwało to w sumie od października do kwietnia. Gdy  w czasie wizyty wspomniałam o zawrotach głowy , pani doktor na to, że w sprawie 
kręgosłupa szyjnego i ewentualnych zawrotów, muszę mieć osobne skierowanie i ona teraz mi nic nie zapisze, nawet wywiadu nie zrobi, bo to inna procedura... KONIEC.

Tym razem dostałam skierowanie do kardiologa, lekarz pierwszego kontaktu coś tam usłyszał czy w zapisie EKG zobaczył. Czekałam ze skierowaniem PILNE od lutego do października. W szpitalnej przychodni kolejka, bałagan, bo panie z rejestracji ściągnęły osoby zapisane na późniejsze godziny (może lekarz się śpieszył), ktoś poszedł na EKG, ktoś inny do toalety, trudno zapamiętać kto po kim wchodzi do gabinetu.

Wreszcie moja kolej, wszystko szybko, głównie w komputerze, badanie trwa ułamek sekundy, wywiad może dwie,  skierowanie na holter EKG , mam zadzwonić na podany numer i się umówić, a po badaniu wrócić do kardiologa. Dzwonię już z domu następnego dnia, bo mam terminy do stomatologa, więc żeby nie kolidowało...
Pani nawet od razu odebrała, chwila ciszy i podaje mi termin na 7 lipca.
- Chyba się pani pomyliła? a nie na 7 listopada? mamy dopiero 9 października!
- Nie, na 7 lipca 2026! godzina 10.15

Podziękowałam i wybuchnęłam śmiechem. Do 7 lipca 2026 to ja już mogę nie żyć! A jeszcze kontrola u kardiologa, na kiedy? może na grudzień 2026?

Trzymajcie się zdrowo, a kto praktykuje, niechaj się  pomodli ! 



piątek, 10 października 2025

Własnymi siłami...

 Obiecaliśmy sobie z mężem , że gdy uwolni się od pracy zarobkowej, zrobimy remont w mieszkaniu. Na szczęście, nie wszystkie pomieszczenia wymagały odświeżenia, a mając już doświadczenie z ekipą remontową, postanowiliśmy zrobić remont własnymi siłami, ile się da.

Oczywiście nowe meble do kuchni wymagały fachowców, ale to zorganizował sklep, w którym zamówiliśmy projekt i wykonanie.

Wszystko terminowo, nie ruszyliśmy nawet małym paluszkiem.

W tym zakresie wszystko poszło perfekcyjnie, złego słowa nie powiem! Nawet za zbędne elementy układanki meblowej zwrócono nam pieniądze. Jak miło! A opowieści fachowców z życia wzięte i dialogi na cztery nogi, to skarbnica humoru :-) Panowie kawę chętnie pili, sprzątali po sobie, robota paliła im się w rękach, nawet na poczęstunek niechętnie przystali, bo szkoda czasu, a fachowiec najedzony rozleniwia się...



Kto by pomyślał, że szafki i sprzęt do tak małej kuchni zajmą tyle miejsca! Pół największego pokoju i cały przedpokój! A wyobraźcie sobie wynoszenie tych wszystkich kartonów!
Oczywiście przygotowanie ścian , hydraulika i elektryka wymagały naszego zaangażowania, ale od czego wcześniejsze przygotowania, no i tak się szczęśliwie złożyło, że nawet do terminów w tym temacie mieliśmy farta.


No i wreszcie, po dwóch dniach mogliśmy podziwiać efekt i brać się za sprzątanie, a kupowanie dodatków i wieszanie obrazków, to sama przyjemność!
Najważniejsze, że udało się zorganizować mój wymarzony barek kawowy, projekt nieco zmieniony, ale fachowiec był elastyczny i pomocny.


Krótki odpoczynek,  wizyta męża u dentysty i trzeba było brać się za remont sypialni. 
Tu już nie było tak gładko, bo zdzieranie starych tapet, przesuwanie mebli, zakup dodatkowych szafek oraz innych przydasi, ale daliśmy radę sami. Fakt, plecy teraz bolą i siniaki się goją, ale jaka satysfakcja!
Najwięcej problemów było z przesuwaniem mebli , łóżko ciężkie jak czołg, a i podłóg nie można porysować! Sprzątanie i układanie wszystkiego ( po co komu tyle książek) to kolejne dni zmagań. Adrenalina trzymała nas w kupie, no i powoli pojawiające się efekty metamorfozy!


Wiele wam nie zdradzę, taki mały kącik. W planach była wymiana mebli i w sypialni, ale gdzie ja znajdę równie solidne i pojemne? Zmieniłam uchwyty w komodzie i w innych szafkach (Frau Be, to ciągle Borys), ulepszyłam ustawienie, jeden najmniej potrzebny mebel wyrzuciłam i jest O.K.
Kładę się wcześniej z książką do łóżka , by nacieszyć się nową sypialnią:-)


Zaprosiłam koleżankę na małą "parapetówkę" i dostałam nową roślinkę, woreczek orzechów oraz foremkę pasztetu domowej roboty, palce lizać!

Teraz mąż wyłapuje jakieś drobne poprawki, ja czasami coś przestawię, ale radość jest, bura jesień mi nastroju nie popsuje!

poniedziałek, 10 marca 2025

Byłam w przychodni...

 

I w zasadzie w tytule zawiera się cały mój kontakt ze służbą zdrowia. Nie napisałam - byłam u lekarza, bo tylko do rejestracji dotarłam.

Kaszel mnie męczy po minionej infekcji, postanowiłam się więc przebadać, choć bez oczekiwań, bo nic mi nie jest i właściwie miałam tylko katar, ale jak to mówią, sprawdzić - to wiedzieć...

Próbowałam dwa dni dodzwonić się do przychodni i nawet w piątek z sukcesem, ale co z tego, gdy numerków do lekarza brak, w dodatku okazało się, że mojej doktor już nie ma, muszę wybrać nową i wypełnić deklarację.
W ramach piątkowego spaceru poszliśmy z mężem do owej przychodni, zrobiliśmy, co kazali, więc pomyślałam, że w poniedziałek udam się wreszcie do gabinetu.

Postanowiłam osobiście udać się do rejestracji, bo muzyczka na oczekiwanie w telefonie doprowadza mnie do pasji, a ileż to razy, gdy byłam druga w kolejce, rozłączyło mnie i ... kicha.
Rejestracja czynna od 8.00 rano, na miejscu byłam może 5 minut po ósmej. Ludzi o dziwo mało, myślę sobie, będzie dobrze!
Przy okienku okazało się, że pani doktor ma już komplet ( nie wiem kiedy zarejestrowano pacjentów, skoro dopiero otwarto przychodnię) i pani rejestratorka może mnie zapisać terminowo na przyszły tydzień! 
Podziękowałam i z postanowieniem przepisania się do przychodni bliżej mojego domu, wyszłam wściekła z placówki.

Zapisaliśmy się z mężem do przychodni o dwie ulice dalej, przychodnia nowoczesna, kolorowa, mają USG i rezonans, ale zaproponowano dwoje lekarzy do wyboru, z czego jeden kończy rezydenturę i nie wiadomo, czy zostanie w tej placówce. 
Wybrałam więc lekarza o egzotycznym nazwisku i ciemnej skórze, bo oboje mieliśmy z nim do czynienia i diagnozy były trafne, w dodatku dawał długie zwolnienie.

Z nowej przychodni jeszcze nie korzystałam, a mąż musi zrobić kopie kart pacjenta, bo potrzebuje stałych leków. Czekam na działanie nowego syropu, jest lepiej, a na pewno nie gorzej i tego się trzymam.

Tak sobie myślę, czy dożyję jakiejś sensownej reformy służby zdrowia, bo tyle lat płacenia składek, a do lekarza trudno, specjalistów to w ogóle ze świecą szukać, oczekiwanie na zabiegi rehabilitacyjne 3 miesiące,  prywatnie do stomatologa dopiero w maju... to gdzie te moje składki, ja się pytam?
Szpital miejski zadłużony, parking przed szpitalem płatny, część zabiegów i badań płatna. 

Zazdroszczę tym, których przez lata było stać na ubezpieczenie prywatne lub jakaś bogata firma, pokrywała choć część kosztów leczenia pracowników.


Zdrowia i wytrwałości Wam życzę!

Uzupełnienie:
Zapisałam się w piątek do lekarza, ale na wtorek, bo już na poniedziałek miejsc brak...także oby moje gardło dotrwało do wtorku!

Z ostatniej chwili: porządkuję zdjęcia z sobotniej wycieczki, niebawem relacja!

czwartek, 28 listopada 2024

Zapiski codzienności cz.12

 Tyle czytam i słucham ile tragedii ludzi spotyka, a ja tu o takich pierdołach się rozpisuję, ale z drugiej strony, nasze życie, to w większości same pierdoły, a najczęściej w sytuacjach ekstremalnych ratuje nas zimna krew lub poczucie humoru...

Byłam kiedyś świadkiem niepokojącej akcji - jest u nas szkoła katolicka, która zajmuje część wielkiego budynku parafialnego, a obok na boisku dzieci korzystają z przerwy. Boisko otacza barak dawnej kaplicy, która służyła jako świątynia tymczasowa. Barak ów zaadaptowano na sale o różnym przeznaczeniu i wymieniono dach, oprócz środkowej części. I właśnie widziałam, jak dwóch panów na prowizorycznym rusztowaniu, bez żadnych zabezpieczeń ściągało z dachu stare azbestowe płyty i układali je w stertę. Obok na boisku bawiły się dzieci, opiekunki spacerowały, pilnując uczniów. Z tego, co wiem , takie płyty powinny być odpowiednio zabezpieczone, bo azbest jest niegroźny, gdy się go nie rusza. Czy nie można było wykonać tej operacji w innym terminie?


Znajomi przysłali pozdrowienia z pobytu w sanatorium. Ciechocinek niedaleko, z zabiegów i wyżywienia zadowoleni, solą w oku  natomiast jest opłata za parking - za 300zł na 3 tygodnie, to przynajmniej garaż by się przydał...
Zbiegiem okoliczności spotkali też dawną sąsiadkę, która wyprowadziła się nie tylko z ich bloku, ale nawet z miasta. My także kiedyś, będąc w Krynicy spotkaliśmy naszą sąsiadkę, która przeprowadziła się do Bydgoszczy:-) Niesamowite są takie spotkania po latach...

Usłyszałam niedawno anegdotę z rodzaju humor  wzięty z życia. Pewna starsza pani trafiła do szpitala. Odwiedziła ją synowa i ponieważ staruszka leżała podłączona do różnych rurek oraz aparatury, a prosiła o umycie zębów, synowa podeszła do pokoju pielęgniarek by poprosić o jakieś naczynie do umycia zębów teściowej. Na to pielęgniarka - a nie może pani umyć w zlewie? - Ale jak to w zlewie, przecież teściowa ma własne zęby! kurtyna...


Mając wnuki, trzeba być obeznanym z aktualnymi bajkami, kreskówkami, zabawami. Niedawno był Bing, Kicia Kocia i Pucio, teraz kolej na Psi Patrol i dinozaury. A weź zapamiętaj wszystkie imiona członków psiego patrolu, na razie znam Marshala, Chase'a i Sky i w dodatku każdy ma inny pojazd!
Nawet tort urodzinowy ozdobiony został stosownym zdjęciem, a pyszny był bardzo, mocno malinowy na czekoladowym spodzie!

Nie ma nic lepszego na listopadowe randki, jak masaż dla dwojga w salonie SPA. Cicha muzyczka w japońskim klimacie, delikatne zapachy, przytłumione światło i zręczne ręce pań masażystek.
Polecam każdemu!

Na koniec apel o pomoc!

Tutaj link  do zrzutki - nasza blogowa koleżanka musi zebrać sporą kwotę, by ratować swoją ukochaną kotkę Fantę, może wspólnie damy radę? 



poniedziałek, 11 listopada 2024

Zapiski codzienności cz.11

 1. Zajrzałam do sklepów z drobiazgami i zakupiłam kilka artykułów papierniczych, bo zamierzam sama zrobić kartki na święta. nie mam talentu plastycznego, więc wykorzystam gotowe naklejki, wstążki i inne drobiazgi, które znalazłam w domu. Pobawię się w pochmurne dni i zaoszczędzę, nie kupując drogich kartek ze sklepu.

2. W okolicach 1 listopada spotkałam dawno nie widzianą uczennicę, która już sama ma dorosłą córkę. Przywitałyśmy się serdecznie, wymieniłyśmy uwagami na temat jej wizyty w rodzinnym mieście, bo teraz mieszka na Śląsku, kilkoma refleksjami o życiu, które u Agnieszki nie było i nie jest łatwe, wspominałyśmy stare dzieje... bardzo wzruszające są takie spotkania, zwłaszcza że wspomnienia są takie miłe! Pamiętam  klasę Agnieszki, zwłaszcza grupę dziewczynek, które udzielały się w bibliotece. Była to młodzież typu : i do tańca i do różańca. Rzadko zdarza się taki rocznik...

3. Mam pamięć do twarzy, jeśli z kimś choć raz rozmawiałam lub widuję na osiedlu na swej trasie spacerów, to kojarzę osoby. Pracując , pamiętałam większość uczniów, niektórych z imienia tylko, ale zawsze. Kojarzyłam też rodziców dzieci, oczywiście tych poznanych przy jakiejkolwiek okazji.

Ostatnio zdarza mi się, że kłaniają mi się zupełnie nieznane osoby, więc albo mam sobowtóra, albo pamięć robi mi niespodzianki...

4. Doczytałam gdzieś w sieci, że 14 listopada jest Dniem Seniora i z tej okazji wszystkie osoby 60+ mogą się przejechać pociągiem w dowolnym kierunku za symboliczną złotówkę!
A tak na marginesie, czy zauważyliście, że wiek senioralny to bardzo ruchoma liczba?
Najczęściej to przedział 60-65 lat, ale w naszym uzdrowisku reklamowane są wczasy dla seniorów 55+


Takim pociągiem mogłabym podróżować...

5. Wybrałam się kiedyś do marketu po przyprawy, bo niektóre skończyły mi się, a akurat w tym sklepie zawsze był największy wybór. Sieć na K. , powierzchnia jak boisko lub stadion, ale trudno cokolwiek znaleźć, bo co jakiś czas zmieniają ustawienie regałów i rozmieszczenie towarów.
Ludzie, ile ja się naszukałam! Mąż też krążył jak błędny rycerz, bo na swojej liście coś tam zapisał. Odnaleźliśmy się na telefon, a i tak nie kupiliśmy wszystkiego, nie miałam już siły szukać lub pytać pań z obsługi, które nie wiedziały nawet gdzie czytniki cen...
Kasy samoobsługowe, to jeszcze inna opowieść!


Zdrowia i słonecznych dni, bo tego nigdy za wiele!

środa, 9 października 2024

Zapiski codzienności cz.7

Wymyśliłam zmianę suszarki w łazience. Kupić to Pikuś! Na szczęście w domu jest męska ręka i narzędzia, ale nigdy nie jest łatwo. Gdybym była samotna, zdecydowałabym się na  stojącą suszarkę, bo zakupiona wymagała nieziemskiej cierpliwości i umiejętności ekwilibrystycznych.


Szkopuł polegał na tym, że nie włożysz drabinki do wanny i nie połączysz sznurków na sucho przed założeniem ustrojstwa na suficie, a producent zapomniał dołączyć do zestawu taki dynks do przewlekania sznurków. Co myśmy się namęczyli - szydełkiem, drutem...sznurek się plątał rozwarstwiał, masakra.
Wreszcie bingo! jak w Vabanku z dynksem od alarmu, zrobiliśmy pętelkę z drucika i poszło, ale wszystko zajęło prawie 2 godziny, bo i wzrok już nie ten...


Po pracy należy się spacer, a tu kolejna niespodzianka! Różowy zając w chaszczorach? no nie, ja chyba śnię!

W kruszwickim parku znalazłam takie zagrzybione drzewo, na pewno nie są to huby, ale co?
Same niespodzianki!

Pogoda była piękna, więc weszliśmy na Mysią Wieżę, a tam oblazły nas myszy! Prezentacja jest tak sugestywna i ruchoma, że można się zafiksować! myszy przybywa, nawet spoglądają na człowieka i uciekają, zabawne spotkanie:-)


Pokazywałam kiedyś na blogu mural dla uczczenia romskiej poetki Papuszy. Niedawno odsłonięto także ławeczkę jej imienia. Moja uwaga jest tylko taka, że skoro na terenie muzeum jest już mural, to może ławeczkę przydałoby się postawić w innym miejscu, dla szerszego odbioru przez przechodniów?


W pochmurne popołudnie wybraliśmy się do lasu, by poczuć zapachy i posłuchać ptaków. 
Grzybów jeszcze nie było, w dodatku zaczęło padać, więc mój kierowca zarządził wypad do Torunia po pierniki, bo byliśmy niedaleko. 
Sezon na pierniki i jesienne smakołyki uważam za otwarty!
 Grzyby były przy innej okazji!


wtorek, 22 sierpnia 2023

A ma pan drabinę?

 

Braki kadrowe w wielu firmach widać gołym okiem, aż strach planować jakikolwiek remont, chyba że ktoś ma umiejętności i siły, by takowy zrobić samodzielnie.

Znajomi zapragnęli wykończyć balkon w nowym domu , bo wprawdzie taras zrobiony przez dewelopera, ale balkon na piętrze w stanie surowym.

Jeden fachowiec zwodził ich tygodniami  (najpewniej robota zaczęta już  gdzieś  i lepiej płatna ), w końcu zrobił taką wycenę usługi, że wielki taras można by za to zbudować. Chyba chciał zniechęcić skutecznie klienta. Zdecydowano się więc na zakup materiału w znanej sieci , z wykonaniem usługi przez podwykonawcę, a dokonywanie pomiaru i wycena wszystkiego, to osobna historia, normalnie jak w krzywym zwierciadle.

Na realizację usługi czekano sporo, bo albo deszcz, albo upały, albo nie wiadomo co...

W ustalonym terminie zajeżdża pod dom furgonetka, nawet spora, wysiada niski pan z synem , na oko 12 lat, niosą jakąś torbę i to wszystko. Okazało się, że to Ukraińcy, ale na szczęście znali język polski. Młody ma się uczyć fachu.

Obejrzeli co trzeba, zainstalowali na dole "warsztat", patrzą w górę na balkon. 

- A nie ma pan drabiny?- pytają właściciela domu.

- Mam , ale tylko trzy schodki...

- Może pożyczyłby od sąsiada?

- Sąsiad w pracy, ja też zresztą, pracuję zdalnie i zaraz panów zostawię samych.

- A wiadro pan ma, bo trochu cementu trzeba urobić...

- Mam wiadro po farbach malarskich, może być?

Fachowiec z synem pracowali od 9 do 19, roboty nie skończyli, bo już z sił opadli. W tym czasie gospodarze dokarmiali obydwu i poili , bo upał był straszny, a balkon po słonecznej stronie domu.. Okazało się, że na robotę wybrali się bez niczego, tylko około południa zrobili sobie przerwę, ale czy jedli i pili, nikt nie widział.

Gospodarz podsłuchał, że młody pracownik skarżył się ojcu na brak sił i głód, bo co innego podglądać ojca przy pracy, a co innego pracować tyle godzin w upale. Co im tyle zajęło - nie wiadomo. Albo byli nader dokładni, albo powolni, albo zgadujcie sami!

Usługa nieskończona, milion telefonów do firmy, bo trzeba jeszcze naprawić to, co tamci sknocili, a po obejrzeniu efektów ich pracy, na kolana ten widok  nie powalał. Przybywa pani kontrolerka, czy ktoś taki, robi notatki, ustala kolejny termin.

Przysłano po raz drugi robotników, wysiadają z furgonetki ci sami Ukraińcy i pada pytanie:

- A ma pan już drabinę?

I na tym można zakończyć opowieść, bo co tu jeszcze dodawać? może tylko tyle, że lato mija, usługa nieskończona, a już wiadomo, że pani od pomiarów zamówiła zbyt dużo materiału, na szczęście można oddać do sklepu, ale to kolejny kłopot dla klienta...

poniedziałek, 7 sierpnia 2023

Okruchy codzienności...

Dzień za dniem pomyka, kalendarz uświadamia nam pewne terminy , ale póki są wakacje cieszmy się każdą chwilą. 

Lato, to taki czas, kiedy na wiele spraw patrzymy przez palce i nawet polityka schodzi na dalszy plan, a i bez polityki świat jest dostatecznie ciekawy. Wystarczy dobrze słuchać i patrzeć w odpowiednim kierunku.

1. Jesteśmy na wycieczce, siadamy koło fontanny. Dziecko patrzy do misy i dziwi się, ile tam pieniążków wrzucili turyści. Malec chce także wrzucić i prosi tatę o grosik. Tata na to, że pieniądze do fontanny wrzucają tylko poganie, bo to taki zabobon jest...

2. Jest sierpień, położyłam się wcześniej, by poczytać i odpocząć po długich spacerach. Gdy już odpływałam w zasłużony sen, obudził mnie huk straszliwy, po chwili kolejny...Okazało się, że to fajerwerki, a myślałam, ze tylko w Sylwestra dozwolone , tym bardziej w środku osiedla. A potem cisza? Nic podobnego, rozszczekały się psy, uruchomiły niektóre alarmy. Ot, letnia noc na moim osiedlu...

3. Czytam w lokalnych mediach, że skoszono łąkę na dużym obszarze pomiędzy dwoma pasami jezdni. Wszystkich te kwietne łąki cieszą, jest ich kilka w mieście. W sierpniu rośnie na nich tyle kwiatów, słoneczniki, owady mają raj! Dlaczego o tym piszę? Bo pani rzecznik instytucji jakiejś tam, zamiast przyznać się do błędu pracownika, który przez pomyłkę skosił piękną łąkę w szale totalnego koszenia traw, uzasadnia sytuację tym, że łąki wymagają koszenia po dwóch tygodniach od posiania. Skutek jest taki, że po łące nie ma śladu. Ogrodnikiem nie jestem, ale nie trzeba być znawcą, by wiedzieć, że jednoroczne kwiaty po skoszeniu do zera nie odrosną... 

4. W toalecie publicznej jakaś mama do małoletniej córki - zrób co trzeba, tylko niczego nie dotykaj! Trochę dziwne polecenie, bo jednak papier toaletowy nie lewituje, a i spłuczka nie działa zdalnie...

5. Na spacerze z wnukiem znalazłam wolierę z papugami. Budynek należy do jakiejś instytucji, a na zewnątrz cztery papugi ary w dobrej kondycji i humorze bawiły się ptasimi zabawkami. Zrobiłam zdjęcie, by wam pokazać.


6. Dla tych, którym zimno zamieszczam zdjęcie naszego termometru kuchennego od strony północnej. Pierwsza liczba pokazuje, jak nagrzało się powietrze w słońcu, a godzina była wieczorna. Druga liczba, to temperatura w naszej kuchni. To tak dla kontrastu, bo teraz termometr pokazuje 14 stopni. Szczerze, to wolę chłodniejsze dni, niż ekstremalne upały, ale żal mi tych, którym teraz wypadł wyczekiwany urlop...

7. Polityka dopada człowieka, nawet gdy bardzo unika. A może to nie polityka, bo przecież kampanii wyborczej jeszcze nie ma. Przypadkiem wysłuchałam wystąpienia pani marszałek Witek na temat programu 800+. Bo to nie jest kontynuacja zasiłku 500+, wszak inflacja w Polsce to mit. To nowy zupełnie program dla rodzin, w których żyją razem przedstawiciele 3 pokoleń , od dziadków po wnuczęta. Jeśli mieszkacie więc pod jednym dachem z dziećmi i wnukami, macie prawo do części tego zasiłku. Tak zrozumiałam, bo państwo dba o swoich seniorów i 800+ nie jest tylko dla dzieci. Fajnie, prawda? i stad te pikniki rodzinne, by poinformować seniorów!


(zdjęcie -https://www.gov.pl/web/uw-podlaski/rzadowy-program-rodzina-800---zapraszamy-na-pikniki-rodzinne)

poniedziałek, 24 lipca 2023

Co mi lata po pokoju?

 

Lato i wyjazdy wakacyjne przynoszą rozmaite niespodzianki.
Nocowaliśmy gościnnie w pokoju z widokiem na pole i miejscowe ogrody. Noc duszna, okno szeroko otwarte. Położyłam się wcześniej, by poczytać w spokoju, wieczór jasny, w ogrodzie ciche rozmowy...

Czytając, słyszę od czasu do czasu a to stuknięcie, a to szuranie, podejrzane bardzo. Wyskoczyłam z łóżka w poszukiwaniu myszy, bo u sąsiadów obok bywały.

 Nic nie znalazłam, żadnych śladów, pomyślałam, że kabelek od telefonu spadł, bo ładowałam albo moja wyobraźnia płata figle... 
Gdy wrócił mąż i położył się obok, zgasiliśmy światło i zaczęliśmy oddawać się opiece Morfeusza.
nagle poczułam, jak mąż podskakuje , za chwilę znów macha ręką, pytam co jest, a on na to, że coś dużego po pokoju lata...

Matko boska, nietoperz! Zapaliłam światło i zaczęliśmy szukać intruza. Okazało się, że na stercie ubrań siedział sobie spokojnie konik polny, patrzył na nas i szykował się do startu. Wzięłam koszulkę męża, nakryłam delikatnie owada i przeniosłam ostrożnie do okna balkonowego, przez które wytrzepałam zawartość na zewnątrz.

Odleciał w stronę łanów żyta i tylko żałowałam, że nie zrobiłam mu zdjęcia z tak bliska. Ale przyjrzałam się uważnie -  owad sporych rozmiarów, cudownie zielony, z długimi skrzydłami, szkoda że dla nas nie zagrał, a może zbyt wcześnie zapaliliśmy światło?

W każdym razie cieszyłam się, że to konik polny był, a nie nietoperz!

piątek, 12 maja 2023

Po zabiegach...

 

Po raz pierwszy jako osoba dorosła uczęszczałam na zabiegi fizjoterapeutyczne, bo nie liczę wizyt u kręgarzy, gdy miałam problemy z kręgosłupem.

Zalecono mi 10 dni zabiegowych ( a droga była do tego długa) i każdego dnia 4 zabiegi, choć nie wiem, czy można nazwać zabiegiem naświetlanie lampą solux przez 5 minut, a i te minuty naliczano różnie.

Trzeba mieć cierpliwość, by leczyć się w ramach państwowej słuzby zdrowia, bo cykl od wizyty u neurologa do pierwszego dnia zabiegowego trwał u mnie od 18 października do 26  kwietnia. Na wizytę u neurologa czekałam prawie rok. Kawal czasu...

Zabiegi odbierałam w szpitalnej przychodni i dobrze, że nie zapisano mi hydroterapii czy gimnastyki , bo od samego przebierania się codziennie dostałabym szału, więc chyba do sanatorium nie nadaję się.

 Leży człowiek podłączony do jakiegoś urządzenia przez 10 minut, na własnym prześcieradle zakupionym w aptece i jeszcze musi zapamiętywać, którą stronę pleców poddajemy dziś działaniu ultradźwięków, albo czy na odcinek szyjny mają być młoteczki czy wibracje...a naświetlanie lampą raz pięć minut, raz dziesięć. Siadywałam też w mikroskopijnej salce ( drżyjcie klaustrofobicy!) by poddać się  działaniu lasera - jeśli nie usłyszy pani sygnału dźwiękowego, to nie szkodzi, kilka minut dłużej to nie problem...

Nie powiem, panie w przychodni bardzo miłe, może oprócz tych w rejestracji. Pacjenci taśmowo zmieniają się na leżankach, panowie flirtują z terapeutkami, panie opowiadają o wnukach lub fryzurach na komunie, młodzież zapatrzona w smartfony. Swoją drogą, ilu młodych ludzi chodzi na zabiegi po urazach na lekcjach WF! ale chyba nie czekają pół roku na zabieg, bo to by nie miało w ogóle sensu...

Na koniec wizyta końcowa u fizjoterapeuty - czy odczuwa pani poprawę? Niektórych zabiegów nie czułam wcale, może zapomniał ktoś aparat włączyć? czy odczuwam poprawę stanu kręgosłupa? Trudno powiedzieć, skoro bolał mnie głównie po urazach w pracy, to teraz teoretycznie powinnam ozdrowieć zupełnie...no ale czas pokaże.

Myślałam, że wpis będzie z tych dowcipnych, ale nic śmiesznego się nie działo, a skończyłam zabiegi z ulgą, bo wynudziłam się jak mops.
W karcie zapisano - poprawa umiarkowana, zaleca się kontynuację zabiegów. Ciekawe, jak długo trwałby kolejny cykl od lekarza do następnej serii zabiegów?



środa, 26 kwietnia 2023

Kwatera na rocznicę...

 

Nie wszyscy obchodzą rocznice zawarcia małżeństwa, rozpoczęcia  związku z partnerem itp. Niektórzy świętują tylko okrągłe rocznice, jedni hucznie, inni tylko we dwoje.

Spotkałam się z tym, że większość kobiet oczekuje z tej okazji prezentu od męża, nie myśląc o podarunku  dla ukochanego, a obdarowywanie chyba powinno być wzajemne, wszak to rocznica związku, a do związku trzeba dwojga.

Pomysłów na prezenty i uroczystości rocznicowe jest mnóstwo, czasami organizacją takowych zajmują się dzieci jubilatów, w ramach prezentu właśnie.

W książce, którą czytam (*) a w zasadzie kończę już,  jeden z bohaterów obdarował żonę niecodziennym, a nawet dziwnym prezentem, mianowicie skorzystał z oferty miejscowej firmy pogrzebowej, która takie ogłoszenie zamieściła w gazecie:

" Zastanawiasz się, co kupić drugiej połowie na najbliższą rocznicę?
   Brylanty są na całe życie, ale kwatera na cmentarzu na wieczność.
   Ostatnia okazja, by wykupić działki na Spokojnych Łąkach.
   Pospiesz się, zostały już tylko 54.
   Tylko w tym tygodniu oferta dla par: dwie kwatery w cenie jednej!"

Żona bohatera najpierw obruszyła się na taki prezent, ale podbudowana przez krewną, zaakceptowała praktyczność daru i zapobiegliwość męża.

W obliczu tego wszystkiego, co dzieje się wokół nas, to myślę, że najlepszym podarunkiem na kolejną rocznicę w długoletnim związku byłoby uregulowanie wszelkich spraw rodzinno-majątkowych, bo licho nie śpi, a nasze przeprawy z urzędami w sprawach spadkowo-ubezpieczeniowych pokazują, że  czego nie masz czarno na białym z pieczątkami, to nie istnieje lub przepadnie...

* F.Flagg - Całe miasto o tym mówi.  Kraków, Wyd.Literackie 2018

czwartek, 6 kwietnia 2023

Tu i tam czyli zasłyszane...

 

Ciekawe historie wszędzie można usłyszeć. Nie wszystkie mają wydźwięk pozytywny, jak to w życiu...

Niektóre tak zapadają w pamięć, że nawet nie muszę ich zapisywać.

Gdy byłam u fryzjera i siedziałam z farbą na włosach, wszedł pan na strzyżenie , a jego rozmowa z fryzjerką była tak ciekawa, że szybko minął mi czas oczekiwania.
Z rozmowy tej dowiedziałam się między innymi, że warto zabierać  z zakładu fryzjerskiego resztki swoich włosów po strzyżeniu, gdyż rozsypane w ogrodzie lub na działce odstraszają krety. Pan robi to od 14 lat i krety nie wróciły, a sam usłyszał o tym od znajomego. Pani fryzjerka potwierdziła, że nie tylko on zabiera swoje włosy, ma też innego klienta, który zawsze przychodzi z woreczkiem i swoje ścinki zabiera.

Jadąc pociągiem z Poznania byłam świadkiem rozmowy panów, którzy wracali z jakiejś wystawy samochodowej. Jeden był emerytowanym taksówkarzem, drugi chyba mechanikiem. Starszy opowiadał młodemu mechanikowi, jak to w czasach PRLu oszukiwał na paliwie. Pracował w firmie taksówkowej i dostawał przydział na paliwo, a że miał oszczędny w spalaniu diesel, wylewał paliwo w lesie do rowu, by nie przepadło kolejne dofinansowanie. Jak sam obliczył było tego kilkanaście tysięcy litrów. Jakoś nie miał skrupułów, by chwalić się tym publicznie.

A jeszcze przypomniało mi się, że pani fryzjerka oddała dywan do czyszczenia, co jej pies skomentował fochem totalnym, bo na tym dywanie się wyleguje. Nie pomogły koce i ręczniki rozściełane na podłodze dla jego wygody, on czeka na swój dywan.  Fryzjerka powiedziała, że do świąt dywanu nie rozłoży, bo pada i pada, a pies ze spaceru ufajdany wraca, a kudłaty jest bardzo...
Tym bardziej nie sprawdzi się pomysł zlikwidowania dywanu w ogóle, bo gdzie pies się podzieje?


Wnuk koleżanki miał przykrą styczność z podłogą. Rzadko zdarzają się takie sytuacje, ale jednak. Ich domowy pies , młody i nadruchliwy wygryzł kawał drewnianej podłogi, nawet nie wiadomo kiedy, a że wszyscy domownicy biegają po domu boso, bo podłoga podgrzewana, to wspomniany chłopiec natknął się na drzazgę sporych rozmiarów. Drzazga weszła w piętę tak niefortunnie, że trzeba było jechać do chirurga i wyjmować ją przy pomocy narzędzi, potem piętę zszyć itd.
Na samo wspomnienie cała noga mnie boli...

Przy porannej kawie włączyłam telewizor, by wysłuchać najnowszych wiadomości i wpadł mi w ucho wywiad z naszym ministrem od zdrowia lub chorób, jak kto woli. Dziennikarz zapytał o drożyznę w temacie leków, zwłaszcza o bardzo drogie leki dla ludzi starszych, którzy nie mogą kupić tańszych zamienników. Pan minister potwierdził, że leki są drogie, ale rząd nie ma na to wpływu, a zresztą emeryci dostają trzynastą i czternastą emeryturę, więc o co chodzi?
Teraz już nie muszę się głowić, na co wydać te dodatkowe pieniądze, gdy wpłyną mi na konto...


piątek, 13 stycznia 2023

Nie słyszę skrzypiec...

Ludzie mają wiele pasji i dobrze, niektóre bywają kosztowne, inne zwariowane lub niecodzienne.

 O pasji audiofilskiej pisałam już kiedyś, jeśli jesteście ciekawi, zajrzyjcie Tutaj.

Mój osobisty audiofil zdecydował się ostatnio na zakup nowego wzmacniacza do posiadanej wieży multimedialnej, bo wiecie, człowiek z pasją może nie mieć na buty, ale pasja rzecz święta i ja to rozumiem.

Po zamontowaniu sprzętu i podłączeniu specjalnych kabli nastąpiło testowanie: płyt CD, odtwarzacza blue ray oraz innych takich i usłyszałam owo znamienne pytanie: i co, słyszysz różnicę?

O matko i córko! Słyszę, że sprzęt gra i to pięknie, ale jaka różnica? w stosunku do czego?
Nie mam tak wprawnego ucha, by usłyszeć takie niuanse, owszem zauważę różnicę między małym radyjkiem na baterie, a dobrym odtwarzaczem, ale miedzy jednym wzmacniaczem, a innym?

Tu przypomniała mi się anegdota :
żona o pasji audiofilskiej swojego męża - on mi mówi, że inaczej słyszy basy, a gdy go wołam z kuchni, to nie słyszy!

Mąż opowiadał o swoim koledze, który pracował jako serwisant sprzętu, sam meloman , ale słuchał raczej muzyki rozrywkowej i jazzu. Miał kiedyś klienta, który przyszedł do zakładu i poprosił o serwisowanie odtwarzacza płyt, bo nie słyszy w orkiestrze drugich skrzypiec. 
Kolega męża włączył co trzeba i mówi do klienta:
- panie, ja nie słyszę nawet pierwszych!


A tak wygląda męska jaskinia pewnego melomana amatora.  Pewnie nie wiedziałabym nawet do czego służy połowa sprzętu, no i prawdziwy meloman słucha muzyki z płyt oczywiście!

A jak u Was, słuchacie na dobrym sprzęcie czy też nie słyszycie pierwszych skrzypiec?


piątek, 2 grudnia 2022

Z uśmiechem...

 

Siedzimy sobie z mężem w niedzielny poranek, ja z nosem w laptopie, mąż ogląda jakiś film wojenny. 
Każdemu to, co lubi.

Pijemy kawkę, przegryzając piernikiem. Obowiązkowo w piżamach.

Bez pośpiechu, jedyne zmartwienie to pogoda za oknem, ale w każdą staramy się spacerować, zwłaszcza w weekendy. Słońca dawno nie widziałam, ale na to wpływu nie mam...

Jedna kawa wypita, smaczniejsza, niż zwykle, bo express dopiero co  odkamieniony i wydobył cały aromat z małych ziaren świeżo zmielonych. Siedzi mi się wygodnie w moim ulubionym fotelu, mówię więc do męża:

- kochanie, teraz twoja kolej, zrób proszę kawę, bo ta jedna mała filiżanka nie rozbudziła mnie należycie...

- okej, zaraz zrobię, ale dopiero po bitwie, bo teraz decydujący moment! 

Dobrze, że bitwa nie trwała długo!

A bez czego Wy nie wyobrażacie sobie niedzielnych poranków?