Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 września 2016

Pechowy wyjazd...

Pani Wanda nie lubiła ruszać się z domu. Długo już żyła na tym świecie, męża pochowała, ale może ze dwa razy wyjeżdżała ze swojego miasteczka, w tym raz na pogrzeb siostry. Zdrowie pani Wandy pogarszało się z roku na rok, jak to w tym wieku bywa i dorosłe dzieci namawiały starszą panią na sanatorium. Pani Wanda miała zawsze tę sama odpowiedź - jak mi lekarz z przychodni nie pomoże, to po co sanatorium, szkoda nerwów i pieniędzy, a towarzystwa nie potrzebuję. Jedyną jej rozrywką było chodzenie 2 razy w tygodniu na grób męża i spotkania z wnuczką. Na zakupy chodziła czasem z córką, ale rzadko coś sobie kupiła. Lubiła popatrzeć, nadziwić się i ponarzekać.
Zdarzył się jednak cud i pani Wanda dała się namówić na wyjazd, tym bardziej, że w pobliżu miała być synowa w sanatorium także i razem miały wracać samochodem syna.
Długo marudziła, ze zakupy wyjazdowe musi poczynić, bo w sanatorium tego i owego potrzebować będzie.
Już w pociągu pani Wanda stłukła termos z herbatą, a że miała go w torebce, pod ręką, zalała wszystko, co w niej było, także pieniądze na wyjazd ( bo przecież bankomaty to jej zmora ). Pokój trafiła z zacną panią Eugenią, która ciągle i głośno słuchała Radia Maryja, a gdy uprosiła zamianę pokoju, okazało się, że kolejna sublokatorka strasznie chrapie. Na wyżywienie pani Wanda nie narzekała zbytnio, bo wymagająca nie była, chociaż godziny posiłków nie bardzo jej odpowiadały.


Wymęczona bieganiem na zabiegi doczekała wreszcie pani Wanda terminu wyjazdu i niecierpliwie oczekiwała na przyjazd syna, z którym razem mieli jechać po synową do pobliskiej miejscowości.
Pech chciał, że w drodze po matkę syn miał wypadek, o czym telefonicznie ją powiadomił. Nic mu się nie stało, ale auto nie nadawało się do dalszej jazdy. Pani Wanda usiadła z wrażenia i wykrzyknęła: a mówiłam, że najlepiej siedzieć w domu. Nie dość, że zmartwił ja wypadek syna, to jeszcze musiała zorganizować sobie podróż powrotną do domu. Jakaś dobra dusza pomogła zakupić bilety na pociąg, pani z recepcji w dzień wyjazdu przywołała taksówkę.
Szczęśliwie wsadzona do wagonu umościła się pani Wanda na swoim miejscu, nic już nie mogło zakłócić jej podróży, termos wyrzuciła, kanapki nie wybuchają, bagaż miała na oku. Nie mogła jednak przypuszczać, że na tory , po których jechał skład osobowy do miejsca urodzenia pani Wandy, jakis młodzieniec rzuci sie w akcie desperacji i wstrzyma podróż pasażerów na 3 godziny.
Jak łatwo się domyślać, wszystkie okoliczności podróży do sanatorium i z powrotem utwierdziły naszą bohaterkę w tym, aby nigdy więcej nie ruszać się z domu...

czwartek, 3 marca 2016

Serca na drodze...

Co mają ze sobą wspólnego: półsierota z bidula, wytatuowany ksiądz, nauczycielka tańca klasycznego oraz sraluch (zabłąkany kurczak)? Jeśli zaintrygowało Was to pytanie musicie obejrzeć film Jana Jakuba Kolskiego SERCE SERDUSZKO. Nie jest to film dla miłośników kina przygodowego, ani pospolitych komedii ze szczęśliwym zakończeniem. Nie jest to także mroczny kryminał ani trzymający w napięciu thriller.
Jest to film, który mnie oczarował swoim przekazem, grą aktorów, epizodami zwykłego życia szarych ludzi uwikłanych w perypetie rodzinne i psikusy losu. Film zapadający głęboko w duszę, obraz, po obejrzeniu którego dźwięczy cisza, bo emocje muszą opaść, aby głos mógł odzyskać siłę...

Jest to film opowiadający perypetie dziewczynki goniącej za marzeniem : zdać egzamin do szkoły baletowej, co w jej przypadku nie jest łatwe, ale zbieg okoliczności i życzliwi ludzie, których spotyka na swej drodze zbliżają ją powoli do celu...
Jest to niejako film drogi, bo większość zdarzeń ma miejsce w drodze przez całą niemal Polskę, różnymi środkami transportu w zetknięciu z ludźmi, którzy normalnie nie mieli szans się spotkać.
Film ten powinni obejrzeć wszyscy, którzy obwiniają los za swoje niepowodzenia, rodzice, którzy lekceważą pragnienia swoich dzieci, ludzie, którzy uważają, że posiedli wszystkie mądrości tego świata, a tak niewiele wiedzą o duszy człowieka. Ale nie jest to film smutny ani tragiczny, ma nawet momenty humorystyczne i zaskoczenia. A taniec Mai Komorowskiej w zwiewnej koszuli nocnej czy solo Marcina Dorocińskiego a'la "Jezioro Łabędzie" warto zobaczyć...
"Nie jest to idealistyczna wizja świata bez przemocy i trudności, ale obraz nieustannego dążenia do tego, co dobre i piękne, pomimo własnych słabości czy nie najszczęśliwszych okoliczności losu. To świat, w którym karci się za zło i głupotę" - czytamy w recenzji S.Blady na stronie tominowina.pl

niedziela, 13 grudnia 2015

13 grudnia roku pamiętnego...

Znowu czyjś blog stał się inspiracją. Zajrzałam do Elżbiety, a tam wspomnienia z pamiętnej niedzieli 13 grudnia. Równie ciekawe, co wspomnienia jej czytelników w komentarzach. Postanowiłam dorzucić swoją cegiełkę, by to co wtedy przeżyłam ocalić od zapomnienia.
Byłam studentką, mój chłopak, a właściwie już narzeczony w wojsku, jego jednostka w Grudziądzu. Rozdzielono nas na dwa lata, więc chociaż w niedziele mogliśmy się widywać, chociaż nie tak często jak byśmy chcieli, bo wiadomo, studia, warty w wojsku itd.
W pewną niedzielę wybierałam się jak zwykle do Grudziądza, zima siarczyście mroźna, wokoło cisza, bo wstawałam skoro świt, nie włączałam radia ani Tv żeby nikogo nie obudzić, poleciałam na dworzec, dojechałam do Grudziądza, poszłam pod koszary, a tu niespodzianka: zakaz odwiedzin, brama zamknięta, nikt nie udzielał informacji, ludzie nie odchodzili od furtki licząc, że coś usłyszą. Nie każdy wie, że w Grudziądzu jednostek wojskowych było mnóstwo, do żołnierzy w koszarach przyjeżdżały tłumy odwiedzających. Gdy wreszcie rodziny żołnierzy zaczęły wycofywać się na dworzec widać było tłumy smutnych, zdezorientowanych osób. Na dworcu czekaliśmy długo na jakikolwiek pociąg, mróz szczypał w nos i odmrażał w uszy, zza torów kolejowych widzieliśmy najbliższe koszary, z których wyprowadzano wojsko w pełnym rynsztunku, z bronią. Próbowałam dostrzec wśród nich mojego narzeczonego, popatrzeć choćby z daleka...Kobiety płakały, mężczyźni szeptali w grupach, ktoś przybiegł i krzyczał, że to wojna. Przyjechał wreszcie mój pociąg, niestety tylko do Torunia, wagony oblodzone nawet w środku, na ławkach leżał śnieg. Wsiadłam, łzy płynęły mi po twarzy, byłam sama w obcym mieście, zmarznięta, bez pewności kiedy dotrę do domu. W pociągu panowała kompletna cisza.
Gdy dojechałam, dowiedziałam się, o co chodzi, rodzice nie wiedzieli co się ze mną działo cały dzień, bo nie było przecież jeszcze telefonów komórkowych, ba! niewielu ludzi miało w domach stacjonarne telefony. Długo nie mieliśmy pojęcia co dzieje się z moim narzeczonym. Po czasie opowiadał, że co dzień mieli ideologiczne pranie mózgu, ciągle chodzili na patrole, nie wolno było słuchać radia ani oglądać Tv.
Kiedy sytuacja unormowała się na tyle, że mogłam go odwiedzać, musiałam za każdym razem udać się do urzędu po przepustkę na wyjazd do innego miasta. Kiedyś pani urzędniczka zapytała, po co tak często jeżdżę do narzeczonego? Byłam tak zdziwiona pytaniem, że chyba nic nie odpowiedziałam...
W klimat tych wspomnień doskonale wpasował sie film, na którym byliśmy ostatnio w kinie czyli MOST SZPIEGÓW. Od razu powiem, że na początku byłam przerażona bo film trwa 2,5 godziny, a tematyka to nie całkiem moja bajka. Ale warto było!!! Nawet dla Toma Hanksa, który gra główną rolę i gry psychologicznej między osobami dramatu, która rozgrywa się na naszych oczach. Fabuła osadzona w okresie zimnej wojny, jej początku, jesteśmy świadkami podziału Berlina na wschodni i zachodni i dramatu ludzi pozostających po obu stronach budowanego muru....Czas, kiedy każdy mógł zostać uznany za szpiega i skazany na śmierć. Polecam, film w reżyserii Spielberga zawsze warto obejrzeć.