Jak to jest znać bohatera? Jestem zaszczycona, że dane mi było poznać tak niezwykłą osobę. Spotkana na ulicy, gdy idzie o kuli na swoje codzienne zakupy na ryneczku nie sprawia wrażenia nikogo ważnego. Ot, starsza pani, która boryka się z ułomnościami ciała i nierównością chodnika.
Pani Barbara, teściowa mojej bliskiej koleżanki, łączniczka z Powstania Warszawskiego, szeregowy "Nina Górska".
Osoba tak skromna, jak wielkie było Jej bohaterstwo. Uwielbiam z Nią rozmawiać na różne tematy, jest wykształcona, oczytana, pełna empatii, zorientowana w bieżącym życiu politycznym, pełna mądrości życiowej, ale nigdy nie poucza - co najwyżej wyraża własne zdanie i zawsze jest ciekawa Twojego. Chętnie podróżuje z synem i synową, bierze udział w rocznicowych uroczystościach ku czci bohaterów Powstania, zapraszana przez Prezydenta miasta , w którym zamieszkała po przejściu na emeryturę by być bliżej syna.
O Powstaniu Warszawskim opowiadała w mojej obecności tylko raz i widać było, jak wiele jeszcze bolesnych emocji przywołują tamte wspomnienia po tylu latach. Przez 50 lat nie opowiadała o udziale w powstaniu nikomu, zmieniła zdanie, gdy uświadomiła sobie, że jest to winna kolegom , których coraz mniej jest wśród żywych i aby dać świadectwo tamtych czasów.
Kiedy wybuchło powstanie, miała 17 lat. Jest rodowitą warszawianką, więc tak jak większość warszawiaków była przekonana, że trzeba walczyć z okupantem. Najpierw udzielała się w harcerstwie. Kiedy wybuchła wojna, zaczęły się represje ze strony Niemców. Ze względów bezpieczeństwa należało zawiesić oficjalną harcerską działalność. Dzięki koleżance, w wieku szesnastu lat, weszła w struktury Armii Krajowej. Do powstania poszła tak, jak stała. Wszyscy tak szli.
Tak opowiada:
Pamiętam niemal każdy dzień powstania. Na ulicach zaczęto budować barykady, a na budynkach zrobiło się biało-czerwono od polskich flag, z głośników i radioodbiorników płynęły polskie powstańcze piosenki. Na barykady szło wszystko: meble, cegły, tramwaje, płyty chodnikowe. Nie mieliśmy solidnych mundurów czy ubrań. Buty się rozlatywały, ubrania darły, mieszkańcy stolicy wynosili nam jednak odzież z domów. Poruszaliśmy się piwnicami i kanałami, bo Niemcy co rusz bombardowali miasto. Podczas nalotów zginęło wielu moich znajomych, kolegów. Pamiętam taką scenę, jak rozmawiałam na ulicy z moim dowódcą i kolegą. Po chwili obydwu ich już nie było, bo trafił w nich odłamek zrzuconej bomby. Ja ocalałam. Wszyscy mieliśmy świadomość zagrożenia i śmierci, ale walczyć i zginąć za ojczyznę to jest honor. Dla takiej sprawy jak niepodległa Polska, nie żal i życie poświęcić.
Byłam łączniczką. Przybrałam pseudonim Nina Górska. Nie wiem, skąd mi się wpadło do głowy to nazwisko, ale imię wzięłam po mamie, która zmarła krótko przed wojną. Miała na imię Janina, więc w skrócie Nina. Należałam do batalionu Parasol, jednak do powstania przystąpiłam na Placu Kościeleckich. Dostaliśmy rozkaz, by przejść stamtąd do Śródmieścia. Któregoś dnia, gdy przechodziłam Marszałkowską, o mało nie zginęłam, uratował mnie przypadek. Na ulicy były barykady, przez które przepuszczano ludność pojedynczo. Starszy pan, który stał przede mną, bardzo się spieszył do córki i poprosił mnie, bym go przepuściła. Tym uratował mi życie. Kiedy przechodził przez barykadę zastrzelił go snajper. Bardzo wielu ludzi ginęło na barykadach, właśnie w czasie przechodzenia. Śmierć zresztą czaiła się na każdym kroku, jednak przez cały czas przyświecała nam jedna myśl: pokonać Niemców.
Po ogłoszeniu kapitulacji Niemcy wyznaczyli miejsca, gdzie mają się stawić mieszkańcy Warszawy. Wszystkim kazali opuścić stolicę. Z Warszawy Zachodniej pani Basia trafiła najpierw do Pruszkowa, gdzie był przejściowy obóz w naprawczych zakładach kolejowych. Stamtąd przydzielono Ją do transportu kolejowego jadącego w głąb Rzeszy. Przez dziesięć dni podróżowali w wagonach towarowych do Halle. Tam więźniów podzielono i pani Barbara trafiła do Stumsdorfu. Pracowała tam fizycznie na torach kolejowych. Jej obowiązkiem było zasypywanie lejów po bombach.
W obozie pracy w Niemczech była do kwietnia 1945 roku, do czasu wyzwolenia przez Amerykanów. Do Polski wróciła w 1946 roku. Trafiła na Śląsk do Bytomia i tam pracowała w hutnictwie. Miał to być pobyt tymczasowy, jednak minęło prawie pół wieku, tyle czasu trwała ta prowizorka. Nigdy nie wstąpiła do PZPR-u, chociaż co rusz otrzymywała deklaracje do podpisania. Wszystkie lądowały jednak na dnie szuflady biurka.
Przez to jednak życie nie było łatwiejsze, wręcz przeciwnie. Ale mężnie znosiła trudy, nie zgorzkniała, zachowała otwarty umysł i pogodę ducha.
W 2004 roku szeregowy Barbara Sosińska otrzymała awans na stopień podporucznika Wojska Polskiego (dokument widoczny na zdjęciu) i jest to jedyna pamiątka tamtych czasów...
(zdjęcia dzięki uprzejmości rodzinnego archiwum bohaterki)
niedziela, 31 lipca 2016
czwartek, 28 lipca 2016
Na oko czyli ile?
Nie jest tajemnicą, że ani talentu, ani pasji do gotowania nie przejawiam, gotuję, bo muszę. Owszem, czasami coś mnie najdzie i lubię poeksperymentować czyli na przykład zrobić coś z niczego, zwłaszcza różne sałatki. Nie zawsze też trzymam się przepisów, coś dorzucę, coś zamienię, czasem sama coś wymyślę z inspiracji resztek w lodówce. Natomiast wpadam w panikę, gdy mam kilkoro gości, nigdy nie wiem jaką ilością ich nakarmić, logistyk ze mnie żaden.
Inaczej bywa z ciastami, bo tu jednak składniki są ważne, kolejność czynności, temperatura pieczenia itd. Tu jest mało okazji do kombinowania. Mam od teściowej przepis na babę, która jej wychodziła perfekcyjnie, mnie nie wyszła nigdy! Do drożdżówki sie nie dotykam, to specjalność mojego męża i dobrze, nie każdy musi robić wszystko.
Najwięcej okazji do eksperymentowania ze składnikami dostarczają sałatki i to lubię najbardziej, ale mam koleżanki, które sztywno trzymają się receptury i u nich nie przejdą sformułowania typu: szczypta soli, odrobina cynamonu, musztardy do smaku, kilka oliwek... Wiele osób ma z takimi miarkami problem. Tak jak oczywiste jednak wydają się szczypta, garść, kilka sztuk - tak już mniej oczywiste są : na oko, wedle uznania, na czubku noża, ciut ciut, nie za wiele, niepełna łyżka...
Sama czasami zastanawiam się, co to znaczy zagęścić do konsystencji śmietany? Ale jakiej? Jogurty też bywają różne... Albo mam w przepisie na ciasto: wyrabiać do momentu, aż ciasto samo odchodzi od ręki. To dla mnie bardzo subiektywne, nie mówiąc, że nie lubię niczego wyrabiać ręcznie!
A czy udało Wam się kiedyś gotować coś, nie doprowadzając do wrzenia? U mnie niewykonalne.
Ciastka wychodzą zbyt grube lub zbyt cienkie, gofry nie tak chrupiące jak w punkcie sprzedaży. Nigdy nie udało mi się zrobić kotletu devolay - masakra. Gdy ktoś pyta o przepis na kruszonkę do ciasta,to trudno jest precyzyjnie określić składniki, trzeba to poczuć w palcach, ja tak mam, bo może być za twarda lub zbyt sypka.
Nie dla wszystkich proste czynności są oczywiste i dlatego chyba wiele osób ogląda filmiki w sieci z laptopem pod ręką. Nie mówiąc już o pewnych tajemnicach kulinarnych typu: jak długo smażyć, w jakiej kolejności dodawać składniki, kiedy solić lub wcale, jak najlepiej odgrzewać?
Przy tej okazji przypomniały mi się określenia, które wszyscy znają, ale mało kto potrafi powiedzieć dokładnie, ile to jest:
KRZTYNA lub KRZYNA (nie mam ani krztyny cierpliwości)
OCIUPINA (ociupinkę popieprzyć)
CHWILA/MOMENT (za chwilę będę gotowa)
ŹDZIEBKO (posuń sie ździebko, bo spadnę)
CZĄSTKA (cząstka pomarańczy...)
PIĘDŹ (nie posiada ani piędzi ziemi)
Nie tęskniąc zupełnie za udziałem w konkursie Master szef pozdrawiam znad kubka pysznej kawy....
Gdyby był ktoś zainteresowany najprostszym i niezbyt kalorycznym deserem polecam taki oto przepis:
> 1 kg owoców - jabłka lub gruszki pokrojone na małe kawałki
> cynamon i cukier
> tłuszcz do wysmarowania formy
> składniki na kruszonkę
Naczynie żaroodporne wysmarować tłuszczem i obsypać bułką tartą. Cząstki owoców wymieszać z cukrem i cynamonem, wyłożyć do naczynia. Wszystko zasypać kruszonką, wstrząsnąć naczyniem, by kruszonka równomiernie wypełniła naczynie. Piec w piekarniku do zrumienienia kruszonki.
Można jeść lekko ciepłe z serkiem homo lub śmietaną - PYCHA!
Inaczej bywa z ciastami, bo tu jednak składniki są ważne, kolejność czynności, temperatura pieczenia itd. Tu jest mało okazji do kombinowania. Mam od teściowej przepis na babę, która jej wychodziła perfekcyjnie, mnie nie wyszła nigdy! Do drożdżówki sie nie dotykam, to specjalność mojego męża i dobrze, nie każdy musi robić wszystko.
Najwięcej okazji do eksperymentowania ze składnikami dostarczają sałatki i to lubię najbardziej, ale mam koleżanki, które sztywno trzymają się receptury i u nich nie przejdą sformułowania typu: szczypta soli, odrobina cynamonu, musztardy do smaku, kilka oliwek... Wiele osób ma z takimi miarkami problem. Tak jak oczywiste jednak wydają się szczypta, garść, kilka sztuk - tak już mniej oczywiste są : na oko, wedle uznania, na czubku noża, ciut ciut, nie za wiele, niepełna łyżka...
Sama czasami zastanawiam się, co to znaczy zagęścić do konsystencji śmietany? Ale jakiej? Jogurty też bywają różne... Albo mam w przepisie na ciasto: wyrabiać do momentu, aż ciasto samo odchodzi od ręki. To dla mnie bardzo subiektywne, nie mówiąc, że nie lubię niczego wyrabiać ręcznie!
A czy udało Wam się kiedyś gotować coś, nie doprowadzając do wrzenia? U mnie niewykonalne.
Ciastka wychodzą zbyt grube lub zbyt cienkie, gofry nie tak chrupiące jak w punkcie sprzedaży. Nigdy nie udało mi się zrobić kotletu devolay - masakra. Gdy ktoś pyta o przepis na kruszonkę do ciasta,to trudno jest precyzyjnie określić składniki, trzeba to poczuć w palcach, ja tak mam, bo może być za twarda lub zbyt sypka.
Nie dla wszystkich proste czynności są oczywiste i dlatego chyba wiele osób ogląda filmiki w sieci z laptopem pod ręką. Nie mówiąc już o pewnych tajemnicach kulinarnych typu: jak długo smażyć, w jakiej kolejności dodawać składniki, kiedy solić lub wcale, jak najlepiej odgrzewać?
Przy tej okazji przypomniały mi się określenia, które wszyscy znają, ale mało kto potrafi powiedzieć dokładnie, ile to jest:
KRZTYNA lub KRZYNA (nie mam ani krztyny cierpliwości)
OCIUPINA (ociupinkę popieprzyć)
CHWILA/MOMENT (za chwilę będę gotowa)
ŹDZIEBKO (posuń sie ździebko, bo spadnę)
CZĄSTKA (cząstka pomarańczy...)
PIĘDŹ (nie posiada ani piędzi ziemi)
Nie tęskniąc zupełnie za udziałem w konkursie Master szef pozdrawiam znad kubka pysznej kawy....
Gdyby był ktoś zainteresowany najprostszym i niezbyt kalorycznym deserem polecam taki oto przepis:
> 1 kg owoców - jabłka lub gruszki pokrojone na małe kawałki
> cynamon i cukier
> tłuszcz do wysmarowania formy
> składniki na kruszonkę
Naczynie żaroodporne wysmarować tłuszczem i obsypać bułką tartą. Cząstki owoców wymieszać z cukrem i cynamonem, wyłożyć do naczynia. Wszystko zasypać kruszonką, wstrząsnąć naczyniem, by kruszonka równomiernie wypełniła naczynie. Piec w piekarniku do zrumienienia kruszonki.
Można jeść lekko ciepłe z serkiem homo lub śmietaną - PYCHA!
poniedziałek, 25 lipca 2016
Tego nie wiedziałam o Szymborskiej....
Kupiłam tę książkę, bo widziałam wcześniej film Katarzyny Kolendy-Zalewskiej o podróżach Wisławy Szymborskiej i liczyłam, że z opowieści Michała Rusinka dowiem się więcej o poetce.
I nie zawiodłam się.
Podejrzewam, że nie każdy do tej książki trafi, więc podzielę się swoimi refleksjami po lekturze i tymi fragmentami, które szczególnie zwróciły moją uwagę.
Fajnie poczytać o wielkiej poetce Noblistce jako o zwykłym-niezwykłym człowieku, o Jej dniu codziennym, nawykach, upodobaniach, skromności i pisaniu wierszy.
Książka NIC ZWYCZAJNEGO pełna jest anegdot i humoru sytuacyjnego, autor (osobisty sekretarz poetki) zdradza kulisy życia wybitnej osoby, ale nie zdradza zbyt wiele, namalowany przez niego obraz jest pełen podziwu, ciepła, wyrozumiałości i troski.
Michał Rusinek został sekretarzem Szymborskiej niejako przez przypadek, poszedł z polecenia znajomej, która słyszała, że poetka poszukuje profesjonalnej pomocy do kontaktów z mediami, po otrzymaniu wiadomości o przyznaniu Nagrody Nobla. Był bardzo młody, tuż po studiach, a ujął poetkę prostym rozwiązaniem problemu: telefon dzwoniący bez ustanku. Po prostu przeciął kabel...
genialnie proste, ale w stylu Szymborskiej, bo miała specyficzne poczucie humoru, także na swój temat.Michała Rusinka nazywała poetka swoim pierwszym sekretarzem.
Lubiła palić i paliła dużo, z niechęcią przyjmowała zakazy, czasami swoje spotkania i podróże uzależniała od tego czy będzie mogła zapalić papierosa. Nawet pobyt w szpitalu nie stanowił przeszkody. Gdy leżała w domu pod tlenem trzeba było tak zorganizować przerwy na papierosa , żeby nie wysadzić mieszkania w powietrze. Mawiała, że ten nałóg pomaga w pisaniu wierszy. Z takim argumentem żaden lekarz nie ośmielił się dyskutować.
Nie lubiła podróżować daleko i nie znosiła udzielania wywiadów. Planowała najwyżej jedną zagraniczną podróż w roku, a każdy wyjazd połączony był ze zwiedzaniem zbiorów sztuki w muzeach, świątyniach, galeriach. Wolała sztukę romańską od gotyckiej i przedkładała Vermeera nad Salvadora Dali , gdyż w sztuce stawiała na prostotę i brak patosu. Patos był jej obcy. Nie lubiła nawet gdy ktoś zbyt poważnie interpretował jej wiersze. Uważała, że w poezji najważniejsza jest ironia i poczucie humoru.
Z domu wyjeżdżała dwa razy do roku: do Zakopanego i Lubomierza, do przyjaciół, w towarzystwie których mogła być sobą, a nie sławną poetką. Z Lubomierza zawsze przywoziła jakieś nowe wiersze.
W trakcie podróży kazała fotografować się przed tablicami z nazwami miejscowości, czasem śmiesznymi lub dziwnymi i potem układała limeryki z ich udziałem.
Jej słabością był kicz, kiczowate prezenty kupowali dla niej goście, których często zapraszała, ale takie dary musiały posiadać jakieś drugie dno, musiały ją rozśmieszyć, zadziwić. Jeśli były po prostu w złym guście, wyrzucała je na śmietnik lub przeznaczała na loteryjki, które organizowała dla przyjaciół i znajomych. Wiele było zabawy, gdy ktoś z gości wylosował podarowany przez siebie przedmiot.
Miała nieprzeciętne poczucie humoru, także na własny temat, uwielbiała filmy Woody Allena, ale nigdy nie udało się jej spotkać go osobiście, chociaż czyniono starania w tym kierunku.
Miała słabość do pikantnych skrzydełek z KFC, które zamawiała namiętnie w dużych ilościach. Kiedyś dostała nawet od firmy specjalny talon uprawniający do otrzymywania darmowych kubełków, ale nie skorzystała z niego, twierdziła, że jej nie wypada.
Wiersze pisała w łóżku lub w wygodnym fotelu, biurko służyło do „szurania papierami” czyli załatwiania ważnych spraw i przeglądania dokumentów.
Ciekawiła ją zawsze codzienność, która przewijała się często w jej wierszach lub anegdotach, nazywanych podsłuchańcami:
Na ławeczce
Na początku podobały mi się wszystkie kobiety: grube, chude, starsze, młodsze, blondynki, brunetki. Potem zacząłem trochę przebierać – raczej młodsze, raczej blondynki niż brunetki, a najlepiej szatynki, szczupłe, ale nie kościste. Jeszcze później zacząłem gustować w przyćmionych lampkach, cichej muzyce, cienkiej bieliźnie i dwóch kieliszkach dobrego wina na stoliku. Myślałem, że mi się smak coraz bardziej sublimuje, a to były początki impotencji….
Umarła tak jak żyła, skromnie, nie absorbując zbytnio innych swoją osobą. Jeszcze przed śmiercią chciała obejrzeć film, który należy też do moich ulubionych „12 gniewnych ludzi”, ale nie starczyło już sił…
Portret : CC BY- SA 3.0 Wikimedia Commons by J.Vojnikov
Zdjęcie z papierosem : https://womenoclock.com/2015/05/16/wislawa-szymborska-il-16-maggio-1973/
I nie zawiodłam się.
Podejrzewam, że nie każdy do tej książki trafi, więc podzielę się swoimi refleksjami po lekturze i tymi fragmentami, które szczególnie zwróciły moją uwagę.
Fajnie poczytać o wielkiej poetce Noblistce jako o zwykłym-niezwykłym człowieku, o Jej dniu codziennym, nawykach, upodobaniach, skromności i pisaniu wierszy.
Książka NIC ZWYCZAJNEGO pełna jest anegdot i humoru sytuacyjnego, autor (osobisty sekretarz poetki) zdradza kulisy życia wybitnej osoby, ale nie zdradza zbyt wiele, namalowany przez niego obraz jest pełen podziwu, ciepła, wyrozumiałości i troski.
Michał Rusinek został sekretarzem Szymborskiej niejako przez przypadek, poszedł z polecenia znajomej, która słyszała, że poetka poszukuje profesjonalnej pomocy do kontaktów z mediami, po otrzymaniu wiadomości o przyznaniu Nagrody Nobla. Był bardzo młody, tuż po studiach, a ujął poetkę prostym rozwiązaniem problemu: telefon dzwoniący bez ustanku. Po prostu przeciął kabel...
genialnie proste, ale w stylu Szymborskiej, bo miała specyficzne poczucie humoru, także na swój temat.Michała Rusinka nazywała poetka swoim pierwszym sekretarzem.
Lubiła palić i paliła dużo, z niechęcią przyjmowała zakazy, czasami swoje spotkania i podróże uzależniała od tego czy będzie mogła zapalić papierosa. Nawet pobyt w szpitalu nie stanowił przeszkody. Gdy leżała w domu pod tlenem trzeba było tak zorganizować przerwy na papierosa , żeby nie wysadzić mieszkania w powietrze. Mawiała, że ten nałóg pomaga w pisaniu wierszy. Z takim argumentem żaden lekarz nie ośmielił się dyskutować.
Nie lubiła podróżować daleko i nie znosiła udzielania wywiadów. Planowała najwyżej jedną zagraniczną podróż w roku, a każdy wyjazd połączony był ze zwiedzaniem zbiorów sztuki w muzeach, świątyniach, galeriach. Wolała sztukę romańską od gotyckiej i przedkładała Vermeera nad Salvadora Dali , gdyż w sztuce stawiała na prostotę i brak patosu. Patos był jej obcy. Nie lubiła nawet gdy ktoś zbyt poważnie interpretował jej wiersze. Uważała, że w poezji najważniejsza jest ironia i poczucie humoru.
Z domu wyjeżdżała dwa razy do roku: do Zakopanego i Lubomierza, do przyjaciół, w towarzystwie których mogła być sobą, a nie sławną poetką. Z Lubomierza zawsze przywoziła jakieś nowe wiersze.
W trakcie podróży kazała fotografować się przed tablicami z nazwami miejscowości, czasem śmiesznymi lub dziwnymi i potem układała limeryki z ich udziałem.
Jej słabością był kicz, kiczowate prezenty kupowali dla niej goście, których często zapraszała, ale takie dary musiały posiadać jakieś drugie dno, musiały ją rozśmieszyć, zadziwić. Jeśli były po prostu w złym guście, wyrzucała je na śmietnik lub przeznaczała na loteryjki, które organizowała dla przyjaciół i znajomych. Wiele było zabawy, gdy ktoś z gości wylosował podarowany przez siebie przedmiot.
Miała nieprzeciętne poczucie humoru, także na własny temat, uwielbiała filmy Woody Allena, ale nigdy nie udało się jej spotkać go osobiście, chociaż czyniono starania w tym kierunku.
Miała słabość do pikantnych skrzydełek z KFC, które zamawiała namiętnie w dużych ilościach. Kiedyś dostała nawet od firmy specjalny talon uprawniający do otrzymywania darmowych kubełków, ale nie skorzystała z niego, twierdziła, że jej nie wypada.
Wiersze pisała w łóżku lub w wygodnym fotelu, biurko służyło do „szurania papierami” czyli załatwiania ważnych spraw i przeglądania dokumentów.
Ciekawiła ją zawsze codzienność, która przewijała się często w jej wierszach lub anegdotach, nazywanych podsłuchańcami:
Na ławeczce
Na początku podobały mi się wszystkie kobiety: grube, chude, starsze, młodsze, blondynki, brunetki. Potem zacząłem trochę przebierać – raczej młodsze, raczej blondynki niż brunetki, a najlepiej szatynki, szczupłe, ale nie kościste. Jeszcze później zacząłem gustować w przyćmionych lampkach, cichej muzyce, cienkiej bieliźnie i dwóch kieliszkach dobrego wina na stoliku. Myślałem, że mi się smak coraz bardziej sublimuje, a to były początki impotencji….
Umarła tak jak żyła, skromnie, nie absorbując zbytnio innych swoją osobą. Jeszcze przed śmiercią chciała obejrzeć film, który należy też do moich ulubionych „12 gniewnych ludzi”, ale nie starczyło już sił…
Portret : CC BY- SA 3.0 Wikimedia Commons by J.Vojnikov
Zdjęcie z papierosem : https://womenoclock.com/2015/05/16/wislawa-szymborska-il-16-maggio-1973/
Subskrybuj:
Posty (Atom)




