czwartek, 30 kwietnia 2015

Moje ptaki, zwierzaki i krewni...

Dziś dziewczynka zapytała: czy ma pani psa, który jeździł koleją? Chodziło oczywiście o książkę, ale naszły mnie wspomnienia o zwierzakach, które przewinęły się przez nasz dom, a właściwie domy, mój rodzinny i ten już z mężem i synem.
Jako dziewczę dorastające miałam psa, którego śmierć przeżyłam dwukrotnie. Raz, gdy potrącił go samochód i nie wykazywał oznak zycia, ale po zaniesieniu do domu, kąpieli i zawinięciu w koce, odzyskał wigor i był z nami jeszcze jakiś czas. Drugi raz odszedł naprawdę, to na mamę przypadło uśpienie przyjaciela domu. Nie rozmawiała z nikim przez 2 dni. Drugi pies pojawił się wkrótce potem, ale ja już wyszłam za mąż.
Mieliśmy z mężem akwarium z rybkami, papużkę falistą i żółwie czerwonolice. Do rybek nie mieliśmy szczęścia, papużki też nie są długowieczne, a żółwie tak urosły, że nie mieliśmy miejsca na nowe terrarium i oddaliśmy je do sklepu zoologicznego, aby ucieszyły kogoś innego.
Po przeprowadzce do nowego mieszkania była zoologiczna przerwa i pojawił się na świecie junior.
Dzieci jak to dzieci domagają się na ogół psa. Ja na psa zgody nie wyrażałam, bo spędzałby samotnie długie godziny w pustym mieszkaniu. Stanęło na chomiku. Oczywiście najpierw zarzekałam się, ze żadnych gryzoni w domu nie chcę, co syn wypominał mi bardzo dłuuuuuuuugo oraz to, ze o chomika dbam lepiej, niż o własne dziecko. Po chomiku pojawiły się papużki, tym razem dwie, żeby nie czuły się samotne. Bardzo przeżyłam, gdy umierały. Były jeszcze dwa kolejne chomiki, ale jeden - Roborowskiego nie dał się oswoić. Gdy pochowaliśmy ostatnie zwierzę w parku, mąż zakazał wszelkich zwierząt w domu, bo ryczę jak bóbr,gdy odchodzą, a on nie ma zamiaru na to patrzeć.
Pozostały mi więc zwierzaki w sklepach i ogrodach zoologicznych, ale nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa, a w piwnicy klatka i terrarium czekają...

środa, 29 kwietnia 2015

Szaleństwo komputerowe...

Takie stany jak u gościa na obrazku nieczęsto mi się zdarzają, chyba że wybitnie coś mi nie wychodzi, bo komputer pastwi się nad moją ignorancją informatyczną.
Częściej wyprowadza mnie z równowagi sprawowanie pieczy nad pracownią komputerową w bibliotece i to też raczej nie z powodów technicznych. Pracownię zainstalowano w 2005 i wiele zdrowia i czasu mnie kosztowało opracowanie zasad korzystania, bo komputery tylko 4, a chętnych ponad 600 osób. Ale cóż, roczniki się wymieniają, praca syzyfowa trwa. Czasami czuję się jak Prometeusz przywiązany do skały - przykotwiczona do pracowni komputerowej, okupowanej non stop i ani wyjść do toalety, ani żadnej pracy rozpocząć nie można, bo dzieciaki zasiadają przy kompach i nawołują: mój się zawiesił, gra mi nie chodzi, obrazek się nie ładuje, nie mam głosu w słuchawkach itp. Do tego dodać należy głośne rozmowy między kolegami, którzy przyszli razem i świetnie się bawią lub kłócą, podśpiewywanie podczas korzystania z youtuba, przy czym każda z 4 osób śpiewa inną piosenkę.
Powie ktoś, wystarczy poprosić, żeby tego nie robili? Pomaga na 5 sekund...
Ale najgorsze są kłótnie i histerie podczas zapisywania się na "sesję". Chętnych jest często więcej niż sprzętu, nie każdy chce siedzieć z każdym, ja muszę iść na zastępstwo lub nauczyciel z uczniami zapisał się na zajęcia z komputerami, a ci którzy odchodzą z kwitkiem dostają nieraz ataku histerii. Nie docierają argumenty, że siła wyższa, że może przyjść innego dnia, że może posiedzieć w czytelni... Awanturują się z reguły dzieci, które mają w domu komputery i albo mają szlaban od rodziców, albo już powstaje u nich problem uzależnienia, albo mają problem z wyrażaniem emocji.
Jakiś czas temu wprowadziliśmy zakaz korzystania przez uczniów z portali społecznościowych, bo okazało się, że tam właśnie dzieciaki ubliżają sobie ile wlezie, ośmieszają, grożą. Kiedyś poproszono mnie o zrobienie śledztwa, kiedy uczennica korzystała z komputera w szkole, bo rodzice koleżanki przyszli ze skargą na obelgi zamieszczane na facebooku. Czy ja mam odpowiadać za to, co dzieciaki robią na fejsie? Jeśli w domu rodzic pozwala, niech weźmie odpowiedzialność za to, co jego dziecko wypisuje i jakie zdjęcia zamieszcza. Że rodzic nie wie? A powinien, bo jeżeli nie ma wpływu na to, co jego dziecko robi przy komputerze, to na co wpływ ma?
To szaleństwo komputerowe opanowuje coraz młodsze dzieci i aż strach, dokąd nas zaprowadzi...

wtorek, 28 kwietnia 2015

Chleb nasz powszedni

Uwielbiam chleb, ale nie każdy. Mogłabym zrezygnować w diecie z wielu rzeczy, ale nie z chleba. Nie ma nic lepszego, jak dobry pachnący chlebek z masłem i serkiem lub dżemem. Nie rozumiem diet wykluczających pieczywo z jadłospisu, co może być złego w chlebie?
Oczywiście chleb musi być odpowiedni (tak jak makaron), bez polepszaczy smaku, zapachu i nie wiem czego jeszcze. Dobry chleb poznaję po kolorze, ciężarze, dodatkach (zawsze czytam skład na metce, a jeśli metki nie ma proszę o przekrojenie).
Ciągle poszukuję nowych rodzajów, nowych piekarni, wszędzie gdzie bywam, staram się próbować lokalnych wypieków. Najlepsze są małe piekarnie, przechodzące z pokolenia na pokolenie, ale i w tych większych można znaleźć chleb tradycyjny, bogaty w dobre składniki, ale bardzo drogi.
Dziś w piekarni, którą mijam codziennie i gdzie kupuję chleb "Cztery pory roku" pani poleciła chleb "Chia".
Nazwa egzotyczna, bo nasiona chia to nasiona meksykańskiej szałwii, będącej niegdyś podstawą diety Azteków, jako źródło witalności. Ulotka zapewnia, że w owych nasionach mnóstwo jest kwasów omega-3. Oprócz tego w chlebie sa też nasiona słonecznika, siemię lniane, pestki dyni, otręby, sezam.Jest pyszny, pięknie pachnie.
Chleb nasz powszedni był podstawą diety ludzi od zawsze, dla chleba nasi przodkowie mieli szacunek wielki, bo kto miał chleb i mleko ten głodu nie cierpiał. Moja babcia zanim rozkroiła chleb, robiła na jego spodzie nożem znak krzyża, a wszystkie okruszki pieczołowicie zbierała na dłoń i zjadała. Wszystkie resztki były w naszym domu zagospodarowane. Dlatego nie rozumiem braku szacunku dla chleba, na śmietnik trafiają całe jego bochenki, bułki, ciasta, zwłaszcza po świętach, gdy kupuje się zwykle za dużo. Pracuję w szkole, mijam dwie szkoły w drodze do pracy i widuję mnóstwo wyrzuconych kanapek. Boli mnie, gdy dzieci wrzucają do muszli klozetowych chleb z szynką, jabłka, bułki. A nieraz rodzice oszczędzają na sobie, żeby dzieciom dogodzić.
Oby nam nigdy tego chleba nie zabrakło...